DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Ano dlatego, iż wychodzą z błędnego założenia, że jest to film o seksie. Mało tego, po obejrzeniu filmu nie weryfikują swojego poglądu i nadal myślą, że obejrzeli film o seksie. A później piszą tak bezdennie głupie i bezbrzeżnie śmieszne recenzje jak ta autorstwa Bartosza Żurawieckiego, w których wykrzykują jakieś komiczne połajanki w kierunku reżysera "ej, panie McQueen przecież seks jest taki fajny, po co to moralizatorstwo!". Rzadko piszę (a nawet mówię) takie rzeczy o ludziach, ale Żurawiecki jest kretynem. Naprawdę, jeśli tak głupi ludzie są dziś dziennikarzami/recenzentami, to... po prostu brak mi słów.

 

Drugą kwestią, która nie pozwala mężczyznom na bezstresowe wchłanianie filmu ze zrozumieniem, jest to że faceci ewidentnie mają problem z nagością Fassbendera i tym jak pokazany jest tu seks. A wiedzieć Wam trzeba, że seks jest tu przedstawiony w sposób kompletnie aseksualny. Tak aseksualnego seksu nie widziałam do tej pory w żadnym innym filmie. Jest to oczywiście zabieg celowy reżysera, który właśnie przez taki środek wyrazu przekazuje konkretne treści, ale u większości widzów płci męskiej powoduje to wyraźny dysonans poznawczy, który nie pozwala im na czysty odbiór przekazu. No i w dodatku ten, nagi przez połowę filmu, Fassbender... Interesujące jest to, że im mężczyzna wydaje się sobie bardziej wyzwolony, wyluzowany, liberalny i bezpruderyjny tym większy ma problem z neutralnym odbiorem filmu. Rezultatem tego zażenowania męską nagością i seksem-nieseksem pokazanymi nagle w tak inny sposób niż ten, do którego są przyzwyczajeni, jest pokrywająca ten (nomen omen) wstyd, swoista 'macho napinka', która każe im używać w swoich recenzjach/ opiniach zwrotów typu "zerżnął", "obciągnął" czy "walenie konia." Zapewne na zasadzie: 'no bo skoro reżyser już to pokazał, to dlaczego ja mam tego nie zwerbalizować? Przynajmniej będę jeszcze bardziej męski i cool od niego'. Ciekawe jest tylko to, że reżyser właśnie nie do końca to pokazał... Ale symptomatyczne jest za to to, drogi recenzencie, że właśnie tak to odebrałeś...

 

"Wstyd" to film wyjątkowy, nie tylko dlatego że jest świetnie napisany i zrealizowany. Istotną jego zaletą jest to, iż w bezceremonialny sposób obnaża pewną prawdę o widzach płci męskiej - czy tego chcą czy też nie.

 

Podsumowując - tym, którym widok penisa Fassbendera zakłócił procesy myślowe do tego stopnia, że niemożliwe stało się zrozumienie filmu, powiem krótko i konkretnie (tak po męsku): "Wstyd" to film o chorobie. Ciężkiej, bo wyniszczającej duszę. I nie ma w nim ani odrobiny moralizatorstwa, czy jak to inteligentnie ujął Żurawiecki "nauk płynących z filmu". Są za to obserwacje. W dodatku przedstawione w dość (uwaga! teraz będzie straszne słowo) poetycki sposób.

 

 

niedziela, 01 kwietnia 2012

Cindy Crawford - supermodelka 1993 r.

 

 

 

Sofia Paul - supermodelka 2012 r.

 

 

Sofia Paul ma 17 lat, pochodzi z Argentyny i właśnie wygrała prestiżowy konkurs dla modelek Supermodel of the World organizowany przez Agencję Ford. Bardzo ładna z niej dziewczyna, tylko dlaczego patrzenie na nią wręcz boli?

czwartek, 01 marca 2012

Michael Murphy to artysta z San Francisco, który widzi rzeczy, których inni nie dostrzegają. Przechadzając się ulicami swojego miasta, często podziwia modernistyczną architekturę budynków, którą inni przechodnie mijają dość obojętnie, ignorując fakt iż właśnie mają do czynienia ze sztuką. Aby temu zaradzić i choć trochę zwrócić uwagę mieszkańców na piękno ich miasta, Michael postanowił stworzyć serię plakatów, na których doskonała architektura San Francisco nie może zostać niezauważona. To się nazywa lokalny patriotyzm! Dzięki takiemu podejściu urodę San Francisco mogą podziwiać nie tylko mieszkańcy tego miasta - szkoda, że żaden ze współczesnych polskich grafików nie wpadł do tej pory na pomysł, aby w ten sposób pokazać światu urok uliczek Wrocławia czy Sandomierza (albo nawet jakichś zapomnianych zaułków Warszawy).

 

 

 

A, a propos zaułków Warszawy: polscy artyści niespecjalnie cenią sobie to miasto, ale na szczęście zagraniczni nic sobie z tych uprzedzeń nie robią i bezceremonialnie znajdują naszą stolicę jako wielce inspirującą. Hiszpańska grupa Giulia y Los Tellarini (ta sama, kótra nagrała muzykę do filmu Woody’ego Allena "Vicky, Cristina, Barcelona") oczarowana Polską nagrała piosenkę "Warszawa" jako muzyczny hołd dla miasta i jednocześnie piosenkę o miłości (napisał ją jeden z członków zespołu, który podczas pobytu w naszym kraju zakochał się w Polce). 

 

“Warszawa” jest ostatnią częścią tryptyku muzycznego, w którego skład wchodzi słynna z filmu Allena “Barcelona” oraz “Buenos Aires”. Grupa co jakiś czas koncertuje w Polsce - na jednym z nich byłam, widziałam, więc z czystym sumieniem i zupełnie bezinteresowanie mogę polecić występy tego zespołu, który najwyraźniej odczuwa jakaś dziwną i zupełnie niezrozumiałą sympatię do Polski i Polek. ;) Poza tym Giulia jest przeurocza.



 

niedziela, 19 lutego 2012

A skoro przy miłości jesteśmy (tak, wiem że Walentynki były jakiś tydzień temu, ale kto by się tam przejmował marketingowym terrorem i ograniczał w tej tematyce do jednego dnia w roku? ;) ) to kontynuując wątek rozpoczęty w poprzednim wpisie, podejmę najbanalniejszy temat jaki tylko może pojawiać się reklamie.

 

Sex w reklamach może i jest banalny, ale czy reklamy z seksem też są takie? Na szczęście czasami pojawiają się wyjątki, których oglądanie może stanowić całkiem ciekawą rozrywkę, a czasem nawet źródło obserwacji socjologicznych. Co do socjologii, to jak twierdzi specjalistka od reklamy Alexa, seks w reklamie w końcu przestaje działać - odbiorcy (z naciskiem na kobiety) są po prostu nim znudzeni. Zły marketing jak widać, ma destrukcyjne działanie na ludzkie umysły - jest w stanie zabić w ludziach nawet naturalne popędy. ;)

 

sobota, 18 lutego 2012

"Gdy znajdziesz cierń w miłości, kochaj jeszcze wierniej, że masz różę przy sobie, poznajesz to z cierni" - jak mówi pewne hinduskie przysłowie.

 

Moja miłość (no, a przynajmniej duża sympatia) do serialu "Game of thrones" zostanie wzmocniona dopiero 1 kwietnia, kiedy światło dzienne ujrzy inauguracyjny odcinek drugiego sezonu - póki co, uczucie podsycają takie ładne obrazki jak te poniżej, autorstwa Chrisa Bishopa, ilustratora z Washingtonu, który najwidoczniej także jest fanem tego wyjątkowego serialu.

 

 

chris bishop valentines game of thrones

chris bishop valentines game of thrones

Casablanca Reworks project może być najlepszą rzeczą jaka przydarzyła się disco od czasów Toma Moultona.

 

Burn Studios i Gomma wzięli na warsztat kawałki z katalogu Casablanca Records i przerobili najlepsze hity disco z lat 70. Moullinex, Munk, Telonius i The Phenomenal Handclap Band współpracując z Peaches stworzyli epkę, która jest remake'm imprezowych klasyków oraz hołdem dla legendarnej wytwórni.

 

 

 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

...to party!

 

Karnawał w pełni, więc wielu z was zapewne imprezuje w najlepsze. Dziś więc, kilka pomysłów na to jak sprawić, aby szalone imprezy były badziej cool.

 

wtorek, 17 stycznia 2012

Alberto Cerriteño to mieszkający w USA, ale pochodzący z Meksyku ilustrator i designer. Alberto tworzy w nurcie zwanym pop-surrealizmem (o którym szerzej pisałam tutaj), wypracował on jednak swój własny styl, w którym dominuje charakter starych vintage'owych ilustracji w stylu legendarnego Jimi'ego Flory, tradycyjne meksykańskie bogactwo ornamentów i tekstur oraz współczesne inspiracje np. popularnymi do niedawna designer toys.

 

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Idąc tropem zmian i galopujących nowości z przedostatniego wpisu - nie sposób nie zauważyć, że przemianom uległ także świat mody. To targowisko próżności, które zawsze karmiło się pięknymi ludźmi, dziś najbardziej ceni sobie osoby, które mogą się pochwalić trochę inną, niż klasycznie piękną, powierzchownością. Współcześnie w cenie jest to co oryginalne, charakterystyczne, wręcz dziwaczne (chociaż dziwactwo to ujęte jest jednak w bardzo wąskie ramy), przez co zapamiętywalne i rozpoznawalne w ogromie zalewającego nas szumu medialnego. Wystarczy chociażby spojrzeć na Zombie Boya, Andrew Pejica, nasze niedawne polskie odkrycie czyli wielkie uszy Dagi Ziober - ups, przepraszam Dagę Ziober z wielkimi uszami, czy wreszcie młodą modelkę Lindsey Wixon, o której dzisiaj będzie słów kilka.

 

Wixon ma wszelkie znamiona ku temu, aby być gwiazdą. Ma urodę porcelanowej laleczki, diastemę z długimi jedynkami, oraz usta o unikalnym kształcie. To wyróżniło ją spośród tłumu modelek i sprawiło, że zainteresował się nią guru fotografii - Steven Meisel, który zaprosił piętnastolatkę do współpracy przy tworzeniu jej pierwszej dużej sesji zdjęciowej dla włoskiego Vogue'a. Świat mody zareagował na nowe odkrycie Meisela entuzjastycznie i od tego czasu kariera młodej amerykanki potoczyła się błyskawicznie. Lindsey pojawiła się na wielu znaczących pokazach w Mediolanie, Paryżu i Nowym Jorku oraz na sesjach zdjęciowych takich magazynów jak i-D, Dazed & Confused, W, Love czy Vogue. Twarz Lindsey zaczęła pojawiać się także w kolejnych kampaniach reklamowych. Podpisała kontrakty z takimi markami jak Versace, John Galliano, Jill Stewart, Miu Miu, Alexander McQueen, Mulberry i Marc Jacobs. Wixon stała się tak popularna, że doszło do tego, iż na jednym z Nowojorskich Tygodni Mody towarzyszył jej fotografka Gabrielle Revere, która próbowała uchwycić najciekawsze sceny z życia Lindsey. Zdjęcia nie tylko ukazały się w czasopiśmie Life - podziwiano je również na specjalnie zorganizowanej wystawie.

 

Mnie również dziwaczna uroda Lindsey zaintrygowała do tego stopnia, że dziś postanowiłam zrobić notkę z cyklu Nieprzeciętne sesje... właśnie z jej powodu (a nie tak jak to dotychczas bywało tylko i wyłącznie ze względu na świetne zdjęcia), a to dlatego iż intrygujący wygląd dziewczyny sprawia, że fotografie na których się pojawia, wiele zyskują dzięki niej. To jej twarz nadaje im klimat i to jej powierzchowność determinuje nastrój sesji.

 

 


 

 

Lindsey Wixon w sesji stworzonej dla AnOther Magazine. Klimat moich ukochanych lat 70-tych świetnie uchwyciła tu fotografka Venetia Scott.

 

 

 

Poniżej fotografie z tegorocznej wiosennej kampanii marki Mulberry. Do cukierkowej i słodkiej (w bardzo dosłowny sposób) sesji fotografowi Timowi Walkerowi pozowała tu, obok Lindsey Wixson, także Frida Gustavsson.

 

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli przyjrzeć się historii kryminału w wydaniu filmowo-telewizyjnym nie da się nie zauważyć, że gatunek ten jest wyjątkowo podatny na poddawanie się schematom. Na początku dziejów kryminalistyki w wydaniu tv, rządzili twardzi detektywi manipulowani przez tajemnicze i piękne femmes fatales (filmy noir), później dzielni detektywi oprócz niezwykłej twardości zaczęli charakteryzować się też nadzwyczajnym sprytem i inteligencją (Colombo, Kojak) a następnie, kiedy i ten schemat się wyczerpał przebiegli gliniarze dostali do pary niezwykle piękne i równie inteligentne jak oni partnerki (Na wariackich papierach, Remington Steele, Dempsey i Makepeace), dzięki którym wprowadzono na ekrany, szerzący się niczym szarańcza, wątek napięcia seksualnego pomiędzy parą głównych bohaterów, co doprowadziło do tego, że w latach 90-tych już żaden serial nie potrafił obejść się bez pary mieszanej, mocno zakochanej (Z archiwum X, Żar tropików). Mimo tych wszystkich różnic dzielących poszczególne dekady, w kryminałach minionych lat daje się zauważyć jedną wspólną cechę: otóż kiedyś detektywi będący głównymi bohaterami seriali czy filmów fabularnych odznaczali się (oprócz oczywiście znakomitego wyszkolenia technicznego) inteligencją, sprytem i siłą charakteru. Byli oni po prostu świetnymi fachowcami w swojej robocie - doskonali profesjonaliści na właściwym dla nich miejscu. To wystarczało aby postaci te stały się bohaterami pokoleń, do teraz wspominanymi z rozrzewnieniem.

 

Dziś, w poszukiwaniu emocji i wrażeń dotąd nieznanych, schemat wątków kryminalno-detektywistycznych poszedł "odrobinę" dalej. Przestępcy już nie są zwykłymi kryminalistami, a postaciami nie z tego świata (sukuby, wampiry, wilkołaki i inne fantastyczne stwory) natomiast tropiący ich detektywi to ludzie z nadnaturalnymi zdolnościami, a jeśli nie z nimi to przynajmniej z wyjątkowymi talentami, nie danymi zwykłym śmiertelnikom. Podejrzewam, że scenarzyści, którzy pierwsi wpadli na ten pomysł próbowali spojrzeć na kwestie kryminałów nieco szerzej i wyrwać się z konwencji. Nie sądzili pewnie, że to ich świeże spojrzenie, otwiera nową puszkę Pandory z kolejnym... schematem. Wysyp nadnaturalnych zdolności u dzielnych policjantów lub ich współpracowników, o których będzie dzisiejsza notka, ostatnio niebezpiecznie przekracza granicę nasycenia, za którą spełnia się przepowiednia Kononowicza. Wydaje mi się, że jeśli w kolejnym sezonie powstanie jeszcze jeden serial kryminalny z wątkiem nadnaturalnych zdolności dzielnych gliniarzy to już naprawdę nie będzie niczego, ani też żadnego powodu, dla którego warto byłoby użyć przycisku pilota telewizyjnego...

 

 


 

 

Poniżej krótki przegląd superdetektywów, którzy nie oparli się nowemu superschematowi:

 

"Bones" - supertechnika w służbie supergenialnej pani antropolog. Fatalnie dobrana muzyka pojawiająca się w kompletnie nie pasujących do niej momentach, sztuczne dialogi wypełnione bezsensowną paplaniną i przyprawione patosem ("zamach terrorystyczny to poważna sprawa, ten ktoś zdewaluował pojęcie kultury, zabił ludzi w imię Boga, po czymś takim coś w nas umiera" - litości...), okraszone sztucznie kreowanymi i kompletnie nieuzasadnionymi antagonizmami między agentami FBI a naukowcami. No i grzech największy: absolutny brak chemii między parą bohaterów generujących na siłę wyjątkowo sztuczne napięcie. Jeśli już o parze głównych postaci mowa: bezpłciowy gliniarz z typowo amerykańską kwadratową szczęką plus clou programu - Karolina Korwin-Piotrowska w roli Bones, odstręczają mnie od tego serialu wyjątkowo skutecznie.

 

Psych - tutaj supermocą jest superspostrzegawczość. Nienajgorszy komediowy kryminał, na niestety momentami niskim poziomie - jednak muszę przyznać, że coś w sobie ma. Pojedyncze odcinki oglądane od czasu do czasu wciągają, aczkolwiek nie na tyle żeby oglądać wszystkie sezony regularnie. Nie oszukujmy się, ten serial to jednak "Głupi i głupszy" w wersji kryminalnej.

 

Monk - komediowy serial o ciężko chorym na nerwicę natręctw byłym policjancie, Adrianie Monku, który jednocześnie jest geniuszem posiadającym doskonałą pamięć wzrokową oraz umiejętność zauważania nawet najmniejszych śladów i kojarzenia ich ze sobą. Serial jest równie genialny jak sam detektyw Monk - uwielbiam go.

 

House - serial, którego chyba przedstawiać nikomu nie trzeba, traktujący o pewnym lekarzu odznaczającym się cechami socjopatycznymi (tu podobieństwo do pani dr Brennan, czyli serialowej Bones), którego wszyscy podziwiają na ekranie, ale spotkać się z nim oko w oko na pewno by nie chcieli. Gnuśny, egoistyczny, zawsze brutalnie szczery, obcesowy i uzależniony od leków doktor Gregory House, dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu do pacjentów i bezbłędnemu instynktowi potrafi rozwiązywać zagadki medyczne niczym genialny Sherlock Holmes. House stawia diagnozy, na które nikt inny by nie wpadł. Mimo, że bardziej fascynują go zagadki medyczne niż ratowanie życia pacjentom, których diagnozuje to jest on bohaterem - jeśli nie swojego szpitala, to na pewno milionów fanów zafascynowanych serialem (który prawdę mówiąc od kilku sezonów zalicza spektakularny jakościowy zjazd w dół - ale jeśli spadać to z wysokiego konia... ;)

 

Lie to me - superpower polegająca na czytaniu z mowy ciała. 'Houseopodobny' dr Cal Lightman dzięki umiejętności interpretowania mikroekspresji  udziela pomocy w rozwiązywaniu zagadek kancelariom prawniczym, FBI, policji, korporacjom i osobom prywatnym. Dzięki odczytywaniu emocji, które sprytni przestępcy ukrywają głęboko w sobie Lightman jest skuteczniejszy od niejednego psa myśliwskiego. Pomysł na serial wyjątkowo ciekawy, ale nie do końca wypalił (mimo udziału Tima Rotha). O średniości tego serialu pisałam tutaj.

 

White Collar - kiedy natura wyposaża kogoś w wyjątkowy talent artystyczny, ogromny spryt i nieprzeciętną inteligencję, ten ktoś ani chybi musi zostać genialnym fałszerzem i oszustem. Jeśli do tych cech dodamy absolutnie ujmującą powierzchowność , tony uroku osobistego i naprawdę sporą wiedzę (główny bohater serialu zna się dosłownie na wszystkim i we wszystkim jest absolutnie najlepszy) otrzymamy superbohatera Neala Caffreya, czyli człowieka, który mimo, że jest przestępcą to jednak szlachetnie pomaga FBI w prowadzonych śledztwach. "White Collar" to kryminalny serial familijny, kompletnie nieprzystający do naszych czasów i królujących w nich seriali nowej generacji. Głupiutki jak lata 80-te, naiwny jak lata 90-te i z kompletnie nieostrymi "ciętymi ripostami".



Mentalista - niezwykły talent obserwacji i dedukcji oraz superzdolności interpersonalne to cechy kolejnego konsultanta, który dzielnie pomaga policji. Bohaterem serialu jest Patrick Jane wyglądający jak cherubinek w wersji dorosłej, który wykorzystując takie metody jak sugestia, hipnoza czy manipulacja potrafi rozwiązać najbardziej skomplikowane sprawy kryminalne. W tle mamy seryjnego mordercę, który prześladuje Jane'a, nieciekawych i bezbarwnych współpracowników "mentalisty" i przeciętne zagadki kryminalne.

 

Unforgettable - superpamięć, w wydaniu zjawiskowego rudzielca w postaci byłej pani detektyw – Carrie Wells, byłaby może i fajna gdyby nie to, że serial jest zrealizowany w nudny i - nomen omen - schematyczny sposób. Nieciekawe postaci, nieciekawiący mnie zupełnie główny wątek przeszłości Carrie schowany za coodcinkowymi nudnymi przestępstwami. Jeśli zapytać kogoś zorientowanego w temacie, w którym momencie schemat supermocy się wyczerpał to z dużą dozą prawdopodobieństwa odpowiedziałby, że w momencie pojawienia się "Unforgettable"... 

 

Castle - superwyobraźnia, której posiadaczem jest wyluzowany dowcipniś z ekscentryczną rodzinką, będący jednocześnie niezwykle popularnym autorem powieści kryminalnych - Richard Castle. Cool Richard jest oczywiście zmyślniejszy i mądrzejszy od wszystkich dochodzeniowców z wieloletnim doświadczeniem razem wziętych. W serialu mamy ciekawie zarysowane tło (rodzina, policjanci), ale zagadki kryminalne mogłyby być bardziej dopracowane: motywy zbrodni mniej naciągane, a sposoby dochodzenia do prawdy bardziej wiarygodne.

 

Suits - kolejny osobnik obdarzony fotograficzną superpamięcią i niezwykłą bystrością umysłu, jest bohaterem serialu - tym razem prawniczego, ale niewiele różniącego się od typowych kryminałów, bo w każdym odcinku mamy do rozwiązania jakiś ogromny korporacyjny przekręt. Bohaterem "Suits" jest Mike Ross - niedoszły student, młody chłopak bez wykształcenia, za to obdarzony wspomnianymi wcześniej, niezwykłymi przymiotami, który cudem wręcz dostaje pracę u najlepszego nowojorskiego prawniczego wygi. Mike niczym współczesny Kopciuszek przywdziewa swoją balową sukienkę w postaci tytułowego garnituru i oczywiście okazuje się najlepszy we wszystkim, do tego stopnia, że to dzięki niemu w głównej mierze, udaje się jego mentorowi rozwikłać przestępcze zawiłości korpo-biznesu. Jako, że Ross i jego pracodawca sami są trybikami w wielkiej korporacji dla której pracują, a garnitury, jak sam tytuł wskazuje, naprawdę spełniają w serialu dużą rolę, ta bajka spodoba się pewnie w większości młodym japiszonkom uczestniczącym masowo we współczesnych wyścigach szczurów. Wreszcie i oni maję swojego bohatera, z którym mogą się utożsamiać.

 

Numb3rs - tutaj w schematycznej roli genialnego konsultanta na usługach FBI występuje wyjątkowo utalentowany młody matematyk Charlie, który twierdzi że "wszystko da się wyrazić liczbami." Tę ryzykowną tezę, nasz światowej sławy młody geniusz skwapliwie udowadnia w każdym odcinku, kiedy opracowuje zebrane dane, przelicza, odszukuje ukryte schematy i algorytmy zawarte w poszlakach, pomagając w ten sposób w ujęciu sprawców. Pomysł fajny, ale wykonanie takie sobie.

 

Criminal Minds - serial o pracy specjalnej jednostki FBI zajmującej się profilowaniem psychologicznym seryjnych morderców. Na grupę składają się m.in. doświadczony stary wyga i jednocześnie legendarny wręcz profiler, oraz - a jakże - młody geniusz, z nieprawdopodobnie wysokim IQ. Serial jest błyskotliwy, inteligentny i ciekawy mimo, że porusza temat do cna wyeksploatowany przez kino i telewizję (seryjni mordercy).

 

The Listener - opowiada o młodym ratowniku medycznym, który potrafi czytać w myślach.
Lubię kanadyjskie produkcje ze względu na to, że mają swój charakter i są takie inne od tych wyprodukowanych w Stanach. Ta, mnie rozczarowała bo jest niechlubnym wyjątkiem - niestety niczym się nie wyróżnia od amerykańskiej sieczki.



Sherlock - o tym panu nie ma co się rozpisywać, bo wszyscy znają tego praszczura wszystkich genialnych konsultantów policyjnych. Ograniczę się więc tylko do napisania, że legendarny detektyw przeniesiony do współczesności daje sobie radę niezgorzej niż ten z wiktoriańskiej Anglii... No dobra, nie będę się droczyć: ten serial jest jednym z inteligentniejszych i bardziej klimatycznych seriali jakie powstały w ostatnim czasie.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78