DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

sobota, 23 grudnia 2017

"Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko"
Robert Capa

 

 

Lat 90-te XX wieku były niezwykłymi czasami. Kończyła się zimna wojna, upadały ustroje i rządy, powstawały państwa, kreślono nowe granice...

 

Rok 1994 był jednym z najgorętszych okresów politycznych tamtych czasów. Wszystkie oczy zwrócone były wówczas na Afrykę Południową - była ona wtedy najważniejszym miejscem na świecie. Wydarzenia, które się rozgrywały na tym kontynencie w kwietniu tego pamiętnego roku, przeszły do historii jako koniec jednej z najgorszych zbrodni przeciwko ludzkości - apartheidu. Pierwsze wolne wybory, które wtedy się tam odbyły, zakończyły ostatnie rządy białego człowieka w Afryce i wyniosły do władzy Nelsona Mandelę - zwolnionego 4 lata wcześniej z więzienia (w którym przebywał 27 lat), najsławniejszego więźnia politycznego końca XX wieku, skazanego na dożywocie za walkę z dyskryminacją rasową.

Ostatni obrońcy dawnego systemu jednak nie zamierzali łatwo oddawać władzy - gotowi byli wywołać wojnę, byle tylko nie oddać kraju czarnym. Transformacja ustrojowa nie przebiegła więc bezkrwawo. Dramatyczne zdjęcia z zamieszek, mordów i linczów do których dochodziło w RPA obiegały cały świat. Południowa Afryka miała być najważniejszym krajem świata bez względu na to, czy wybuchłaby w niej wojna, czy Mandela miałby zostać jej nowym władcą. 

Ten czas zrodził nowe pokolenie dziennikarzy. Nowy ład powstawał dosłownie na ich oczach. Wysyłano ich w świat, by relacjonowali rewolucje, przewroty, zamachy, przeprowadzane po raz pierwszy wolne wybory. I wojny, jakie zwykle towarzyszą upadkowi starego i narodzinom nowego.

Dramatyczne zdjęcia z zamieszek, mordów i samosądów sprzedawane światowym agencjom przynosiły ich autorom sławę, pieniądze  i ogromne sukcesy zawodowe. Czwórka z nich: najzdolniejszych, najodważniejszych, najbardziej bezkompromisowych - jednym słowem: najlepszych, zdobyła to wszystko. Ich udziałem stała się sława, uznanie, a nawet miejsce w najnowszej historii świata. Jednak wszystko to okupione zostało ceną tak ogromną, że dziś - patrząc na ich historie z perspektywy czasu - wydaje się, że zaprzedali oni dusze diabłu. Diabłu zwanego wojną.

 

______________________



Czwórka przyjaciół z Bractwa Bang Bang 

 

Kiedy na rozstrzygające o wszystkim pierwsze wolne wybory zjechały tysiące dziennikarzy i fotoreporterów z całego świata, oni już tam byli. Pracowali tam już od 3 lat. Mieli praktycznie monopol na fotografowanie konwulsji apartheidu. Byli najlepsi, wszystko wiedzieli, wszystkich znali. Nic dziwnego, że wszyscy, którzy w 1994 roku zjechali do Południowej Afryki, chcieli z nimi pracować. 


"Nagle staliśmy się elitą, uderzyło nam to do głowy, staliśmy się zarozumiali, zazdrośni. Wszyscy się chcieli z nami przyjaźnić, przyjechać na gotowe. Ale to myśmy decydowali, kogo przyjąć do towarzystwa, a kogo nie" - wspomina w swojej książce Greg Marinovich.

   

Co tak naprawdę działo się w RPA i dzięki czemu dziś znamy ludzi skupionych pod bandera Bractwa Bang Bang?

Wydarzenia przed wyborami w Republice Południowej Afryki w 1994 roku nie są w Polsce zbyt znane. Wiadome są fakty: 10 maja prezydentem został Nelson Mandela. To był koniec Apartheidu. To właśnie same wybory i kilka tygodni przed nimi przyciągnęły dziennikarzy z całego świata, ale jak to wygłądało wcześniej? Otóż w ciągu poprzedzających czterech lat od zwolnienia Mandeli, w RPA trwała tak zwana "wojna hostelowa", raczej skrywana przed opinią publiczną (stąd inny jej przydomek "ukrytej wojny"). Mieszkańcy czarnych, wydzielonych osiedli toczyli między sobą wojnę domową - o władzę i dominację. To właśnie wojnę hostelową fotografowała czwórka z naszego Bractwa. To oni niemal dzień w dzień fotografowali zajścia w osiedlach (głównie w Tokhoza i Soweto). Uwiecznili też na zdjęciach proces upadku apartheidu. Wiele ze zdjęć zrobionych przez Bang Bang Club trafiło na czołówki gazet całego świata. Spowodowały nacisk międzynarodowej opinii publicznej na rasistowski rząd RPA. Zwycięstwo Mandeli było końcem działalności Bang Bang Clubu, mimo iż nadal dwójka fotoreporterów pozostała aktywna zawodowo.

 

Trzon bractwo tworzyli czterej ludzie, którzy dziś są legendą: Greg Marinovitch, Joao Silva, Ken Oosterbroek i Kevin Carter.  

 

Poza przyjaciółmi z Południowej Afryki Judą Ngwenyą i Garym Bernardem, wstęp do bractwa mieli z cudzoziemców tylko James Natchway, jeden z najsławniejszych w fotoreporterskiej branży, a także David Brauchli i Peter Andrews, fotografowie z Associated Press i Reutera.

 ______________________

 

Ken OosterbroekKen Oosterbroek był założycielem bractwa, Jako pierwszy z klubu zyskał uznanie i stał się mentorem grupy. W 1990 roku został uhonorowany Nagrodą Pulitzera.

18 kwietnia 1994 r. Ken został śmiertelnie raniony podczas fotografowania w Thokozie, murzyńskim przedmieściu Johannesburga. Zginął najprawdopodobniej od zabłąkanej kuli wystrzelonej przez żołnierza sił pokojowych.

Kena fascynowała przemoc, śmierć i wojna, którą poznał jako żołnierz w południowoafrykańskim wojsku w latach 80-tych walczącym w Angoli. Fotografowanie walk i zamieszek było dla niego najważniejsze.

Thokozę, dzielnicę w którejzginął, znał jak własną kieszeń. W ostatnich trzech latach spędzali tu z Bractwem całe tygodnie, fotografując zamieszki. W dniu jego śmierci w strzelaninie w Thokozie kule trafiły Kena Oosterbroeka i Grega Marinovicha. Oosterbroek zginął na miejscu, Marinovich został ciężko ranny. Trzeci z przyjaciół, Joao Silva, zrobił zdjęcie umierającego Oosterbroeka. Czwarty, Kevin Carter, o śmierci przyjaciela dowiedział się z radia.

 

Ken Oosterbroek

 fot. Ken Oosterbroek

 ______________________

 

 

Greg Marinovich

Greg Marinovich zdobywa Pulitzera za reportaż z Soweto wykonany 15 września 1990 roku. Utrwalił śmierć Lindsay Tshabalali, przypadkowej ofiarę zamieszek. 

Greg Marinovich przez rok leczył się z ran odniesione w Thokozie. Kiedy wrócił do pracy, o  wydarzeniach w Południowej Afryce niewielu już pamiętało. Wyleczywszy się z ran, Marinovich rzucił się w wir pracy. Wyruszał w najniebezpieczniejsze podróże. Rwanda, Kongo, Somalia, Bośnia, Czeczenia, Bliski Wschód. Jeszcze dwa razy został ranny.

 

Greg Marinovich
 
Mężczyzna znęca się nad ciałem Lindsay Tsabalali, Zulusa, kórego zabito podejrzewając, że jest sprzymierzeńcem Inkatha.
fot. Greg Marinovich
 

 ______________________

 

 

joao silva

Joao Silva  pracował jako fotoreporter wojenny do 2010 r. Wtedy to na zlecenie "New York Timesa" pojechał do Afganistanu. Pewnego dnia, podczas kolejnego patrolu z żołnierzami piechoty morskiej, w wiosce Deh-e Kuczaj Silva nadepnął na minę. Wybuch urwał mu nogi. Leżąc ranny na ziemi, zrobił jeszcze trzy zdjęcia. Jak Robert Capa guru fotoreporterów wojennych, który w 1954 roku w Wietnamie zginął w wybuchu miny, a umierając, do końca robił zdjęcia, przyciskając spust migawki. 

Silva starcił nogi ale żyje do dziś, niedawno nawet wrócił do zawodu. Pracę umożliwiają mu protezy.  

 

 

joao silva

 

 fot. Joao Silva

 ______________________

  

 

kevin carterBól towarzyszący życiu
przewyższa radość do tego
stopnia, że ta przestaje istnieć.

Kevin Carter

 

Kevin Carter - to postać chyba najbardziej tragiczna... Pracę fotografika rozpoczynał w 1983 r. od fotografowania imprez sportowych w johannesburdzkiej gazecie "Sunday Express." Z czasem przeszedł do lokalnej gazety "Star" i stał się jednym z dziennikarzy demaskujących brutalność apartheidu.

Kevin już od dziecka buntował się przeciwko dyskryminacji czarnoskórych. Co ciekawe, swoją walkę z segregacją rasową w RPA prowadził wbrew woli i poglądom swoich rodziców, zwolenników apartheidu. Carter prowdział burzliwie życie wiecznego buntownika: e szkoły go wyrzucili, z wojska uciekł. Miał problemy z narkotykami i alkoholem. Ken Oosterbroek był jego najlepszych przyjacielem, Kevin uważał go za swojego mistrza.

Carter w 1994 r., w wieku 30 lat,  otrzymał Nagrodą Pulitzera za zdjęcie pokazuje konające z głodu dziecko, czołgające się do oddalonego o kilometr obozu ONZ, w którym wydawano żywność. Tuż za dzieckiem kroczył czychajacy na jego śmierć sęp. To wstrząsające wydarzenie i przejmująca scena mają jeszcze drugie – pobudzające do dyskusji dno. Nikt nie wie, co się stało z tym dzieckiem – Kevin Carter po zrobieniu zdjęcia po prostu odszedł... 

Kevin Carter w wieku 33 lat popełnił samobójstwo, po wielu latach zmagania się z depresją. Po śmierci stał się legendą, wspominaną i przywoływaną w piosenkach, powieściach i filmach.  

W liście pożegnalnym napisał - Jestem załamany. Bez telefonu, bez pieniędzy na czynsz i na alimenty. Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem i jeśli będę miał szczęście, dołączę do Kena.

 

kevin carter

 

fot. Kevin Carter

   ______________________

 

Kalendarium:

 

1991: spotkanie Marinovicha, Cartera, Oosterbroeka i Silvy

1992: powstaje artykuł pod tytułem "The Bang-Bang Paparazzi" majacy ukazać sięw magazynie "Living" opisujący pracę Marinovicha, Cartera, Oosterbroeka i Silvy w czarnych osiedlach RPA. Dzieki interwencji naszych fotoreporterów u redaktora gazety, następuje zmianę tytułu na "The Bang-Bang Club". Tym samym grupa do tej pory nieformalna otrzymuje swoją nazwę.

1996: Manic Street Preachers, rockowa grupa z Walii wydaje płytę "Everything must go". Jednym z singli, do którego nagrywają teledysk jest "Kevin Carter"

2001: samobójstwo popełnił Gary Bernard, fotoreporter z Bractwa Pif-Paf, na rękach którego umarł w Thokozie śmiertelnie ranny Ken Oosterbroek.

2001: Greg Marinovich i Joao Silva publikują swoje wspomnienia w książce pod tytułem "The Bang-Bang Club. Snapshots from a Hidden War".

2004: na podstawie książki, Dan Krauss reżyseruje dla HBO film dokumentalny "Śmierć Kevina Cartera" (ang. "The Life of Kevin Carter: Casualty of the Bang Bang Club"), nominowany do Oscara w 2006 roku.

2010: Steven Silver reżyseruje pełnometrażowy film "The Bang-Bang Club".

 

 

 

sobota, 09 marca 2013

Nie mam pojęcia, co jest w tych Anglikach... Są rudzi, brzydcy, mają surowy, aczkolwiek uprzejmy, sposób bycia, no i mówią dziwnie, mimo że - jakby nie było - po angielsku ;). No i poza tym wszystkim, jak już biorą się za tworzenie kultury, to (prawie) zawsze jest to kultura najwyższej próby (pomijając Benny Hilla ;), która tworzy trendy i nadaje ton całemu twórczemu światu.

 

Tak, wydawałoby się, miałka dziedzina sztuki jaką jest serial telewizyjny w wydaniu Brytyjczyków też wydaje się być czymś co sprawia, że mamy wrażenie obcowania ze sztuką. Podczas gdy w Polsce twórcy telewizyjni ciągle jeszcze bawią się w siedzenie w piaskownicy i robienie kupek w pieluszki, nazywanych później poetycko "Barwami szczęścia" lub "Pierwszą miłością", Anglicy wypuszczają takie cuda jak "Utopia". Serial, w którym absolutnie każdy jego aspekt zahacza o arcydzieło. Nowatorski scenariusz łączący problematykę społeczną z popkulturą, malarskie kadry (w tym serialu, każda - ale to naprawdę każda - scena nadaje się na uwiecznienie jako plakat wielkoformatowy), niesamowity klimat, bezkompromisowość i absolutny brak granic w sposobie opowiadania o pewnych rzeczach (tak, mam tu na myśli przemoc) - sprawiają, że moja brytofilia się pogłębia. I nadal zastanawiam się co jest w tych Brytyjczykach takiego, że się nie boją... Nie boją się o słupki oglądalności, targety, ilość statystycznych gospodyń domowych na liczbę posiadanych odbiorników telewizyjnych i tym podobne marketingowe dyrdymały, które niejednego już sprowadziły na manowce. Może to ten wyspiarski klimat pozornego odosobnienia, a może właśnie poczucie, że jest się w centrum świata? A może to po prostu chłodna morska bryza wiejąca z każdej ze stron? Bo jak wiadomo morskie powietrze potrafi czynić cuda... Dla mnie absolutnie cudnym tworem jest "Utopia", serial o którym więcej możecie przeczytać w ciekawym wpisie, słynnego ostatnio ;) Zwierza.


Ja zamieszczę jeszcze tylko teledysk (o dziwo, polski!), którego klimat niepomiernie kojarzy mi się z tym niesamowitym serialem, będącym godnym (a nawet przywyższającym swoich poprzedników) nąstępcą "The Misfits" i "The Fades" (o ktorych pisałam tutaj). Strach się bać co takiego Anglicy wymyslą po "Utopii"...


niedziela, 04 listopada 2012

W październikowym wydaniu magazynu ELLE France ukazała się piękna sesja, w którą zaangażowane były trzy niezwykłe postaci świata mody. Za obiektywem stał Karl Lagerfeld, pozowała Victoria Beckham, a nad wszystkim unosił się duch Coco Chanel.  Zdjęcia powstały w słynnej kamienicy przy 31 Rue Cambon, gdzie mieściło się mieszkanie i atelier Coco. "Królowa" Victoria, jak nazwała ją redakcja ELLE, wystylizowana na niezapomnianą twórczynię słynnej marki, wyznała ze ta sesja i współpraca z Lagerfeldem jest spełnieniem jej marzeń.

 

wtorek, 30 października 2012

Znaczki pocztowe to druki akcydensowe, czyli w skrócie rzecz biorąc drobne wyroby poligraficzne o charakterze użytkowym jak blankiety przekazów pocztowych, czy druki KP, KW (Kasa Przyjmie, Kasa Wyda - wyjaśnienie dla niezorientowanych w meandrach ekonomii i organizacji przedsiębiorstw ;) ). Teoretycznie więc, to druki, które należy wykorzystać, a następnie bez pardonu wyrzucić, jako nieprzydatne do niczego.

 

Jest w znaczkach pocztowych jednak coś co sprawia, że dla tysięcy kolekcjonerów z całego świata stają się one przedmiotem pożądania, większym niż Monica Bellucci dla koneserów kobiecego piękna...  Ja tam się temu niespecjalnie dziwię, bo dla mnie te znaczki (próbowaliście kiedyś zaprojektować plakacik o wymiarach (mniej więcej) 2x2,5 cm, który zawiera w sobie wysokiej klasy ilustrację i treść?) to kwintesencja dobrego projektowania graficznego.

 

Znaczki pocztowe przeważnie występują w postaci małego papierowego prostokąta przyklejanego do koperty, ale jak podaje niezawodna Wikipedia, mogą one przybierać różne kształty. Spotyka się znaczki owalne, trójkątne i pięciokątne. Różne są również materiały, z których się je wykonuje  - można spotkać znaczki z folii, plastiku, a nawet drewna. Znaczki pocztowe mają nawet swoje własne święto - dzień 9 października corocznie obchodzony jest jako Dzień Znaczka Pocztowego.



Ojczyzną znaczka pocztowego jest Wielka Brytania. Na pierwszym znaczku (zwanym Penny Black) jaki pojawił się na świecie widniał profil twarzy królowej Wiktorii. Wprowadzono go w 1840 r. w  ramach wielkiej reformy poczty brytyjskiej. Wprowadzone wówczas innowacyjne zasady do dzisiaj są szeroko stosowane na świecie.




 


 

 


Poniżej kilka bardzo ciekawych serii znaczków zaprojektowanych w celu uwrażliwienia ludzkości, na fakt szybkiego i nieodwracalnego wymierania świata dzikiej przyrody.

 

 Autor: George Jury

Autor: Nick Cox

 

 

 

Autor: Charlotte Miller

 

 

 

Autor: Amy Rodchester

 

Autor: Rory Pickering

 

piątek, 05 października 2012

Kanadyjskie produkcje filmowe mają w sobie coś, co sprawia że wyróżniają się spośród innych. Do końca nie wiem na czym polega ich specyfika, ale faktem jest, że jeśli jakiś amerykański (w sensie kontynentu) serial lub film zaskoczy mnie pozytywnie, to zawsze okazuje się, że - jeśli nie jest on stricte kanadyjski, to przynajmniej wmieszani są w niego Kanadyjczycy (ostatnio pojawiło się sporo koprodukcji amerykańsko-kanadyjskich). Być może produkcje kanadyjskie tak pozytywnie działają tylko na mnie, bo jakoś dziwnie po drodze mi z wrażliwością tego narodu (kiedy jakiś czas temu robiłam sobie teoretyczny research gdzie najchętniej widziałbym się mieszkającą na emeryturze ;) to Toronto zajęło jedno z topowych miejsc) - nie wiem, w każdym razie, trzeba przyznać Kanadyjczykom, że w swoich filmach potrafią stworzyć niezapomniany, specyficzny klimat. Wystarczy tu choćby wspomnieć hitowy C.R.A.Z.Y. Jean-Marca Vallée (który nota bene uważam za małe arcydzieło) czy niezapomniany horror The Changeling (faktyczny pierwowzór japońskiego Ringu, z czego mało kto zdaje sobie sprawę), żeby zauważyć, że Kanada wypuszcza filmy ciekawe fabularnie, niekoniecznie komercyjne, a mimo to atrakcyjne dla masowej widowni. Ja póki co, ich produkcje odbieram jako perfekcyjne połączenie dobrej rozrywki z dobrą jakością i pokładam w tym narodzie spore nadzieje wierząc, że to właśnie oni mają największy potencjał na namieszanie w showbiznesie w najbliższej przyszłości.

 

 

Przechodząc do rzeczy: dzisiejszy wpis będzie o dość niespotykanym i oryginalnym cyklu seriali, który niedawno zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. "Pillars of the Earth" i "World Without End", czyli dwa seriale powiązane tematycznie, zrealizowane przez koprodukcje kanadyjsko-niemiecką, na podstawie powieści brytyjskiego pisarza Kena Folleta, to produkcje, obok których żaden fan średniowiecznych klimatów nie może przejść obojętnie.

 

 


 

"Filary Ziemi", czyli pierwszy z wymienionych seriali to historia, która rozpoczyna się w 1120 roku i opowiada o trwającej blisko czterdzieści lat budowie wielkiej katedry Kingsbridge. Ten serial to fascynująca saga opiewająca losy kliku osób, które zostały wplątane w angielskie wojny domowe, konflikty na tle religijnym i spory o sukcesję na tronie. Już ten serial sprawił, że stałam się fanką historii snutych przez Kena Folleta, którego do tej pory miałam za komercyjnego twórcę sztampowych thrillerów sensacyjnych (jak się okazuje zupełnie niesłusznie i jeśli ktoś z tego powodu wyleje za chwilę pomyje na moją głowę, wcale się nie obrażę), a co dopiero mówić o kolejnym serialu, który jest kontynuacją pierwszego...

 

 

 

 

"World Without End" zaczyna się 200 lat po wydarzeniach z "Filarów ziemi", w roku 1327. Spotykamy tu potomków bohaterów tamtej sagi, którzy zmagają się z zarówno z tragicznymi wydarzeniami historycznymi jak i z własnymi demonami. Jeśli "Filary Ziemi" zaskakiwały fabułą i klimatem, to trzeba przyznać, że twórcy "World Without End" poszli o krok dalej. Świat przedstawiony (strasznie nie lubię tego sformułowania, ale niech już będzie) "Świata bez końca" jest znacznie bardziej brutalny, bezkompromisowy i drastyczny od swojego poprzednika. Twórcy serialu już od pierwszych scen pierwszego odcinka, epatują widzów chorymi dewiacjami, masowymi egzekucjami, torturami, kazirodztwem, gwałtami, mordami na najbliższej rodzinie, handlem ludźmi czy niepotrzebnymi amputacjami kończyn na żywo. Te drastyczne sceny, które atakują oglądającego bez uprzedzenia już od pierwszych minut, sprawiają że co wrażliwszy odbiorca zadaje sobie pytanie czy przypadkiem nie ogląda słabej zagrywki reżysera, który stara się przyciągnąć przed telewizory jak najwięcej widzów spragnionych taniej sensacji i ciepłej krwi. Jednak po chwili refleksji, taki wrażliwy widz ;) dochodzi do wniosku że jednak nie... Te drastyczne sceny to tylko dodatek do ciekawej akcji. Opowieść o dawnych czasach ma swoje prawa i snuje się swoim (dość ostrym) tempem, wciągając coraz bardziej.

 

 

 

Disclaimer : Jednak po obejrzeniu kilku odcinków więcej, seriali na podstawie powieści Kena Folleta, muszę napisać uzupełnienie. Po głębszym zapoznaniu z się z losami tych dobrych, których ciągle spotyka niewyobrażalne wręcz zło i tych złych, którym nawet najgorsze występki uchodzą płazem, a gdzie na końcu (poprzedzonym pełnymi patosu, "wzruszającymi" scenami) sprawiedliwość i tak triumfuje, i cuda się dzieją, muszę stwierdzić, że Follet jednak nie ma szacunku dla swoich odbiorców. Ale seriale są dobre (pomijając niektóre pożałowania godne fabularne rozwiązania Folleta)...

Jeśli spodobała wam się prezentowana tu jakiś czas temu artystyczna mama, to na pewno też polubicie dzisiejszego bohatera wpisu, czyli kreatywnego tatę.

 

Dave Engledow, fotograf z Waszyngtonu jest autorem pomysłu na serię zdjęć pt. "World’s Best Father."  Na fotografiach, które Dave tworzy razem ze swoją żoną Jen, widzimy najlepszego na świecie ojca w wielu codziennych i niecodziennych sytuacjach, ale główną bohaterką projektu jest tu jednak ktoś inny. Niepodzielny prym na każdej fotografii wiedzie przeurocza córka małżeństwa, Alice Bee.

 

Oryginalne zdjęcia pomysłu Deve'a są pełne humoru, groteski i autoironii. Oprócz dowcipu, można w nich także zobaczyć ojcowskie obawy i niepokoje związane z rodzicielstwem, jednak tym co najbardziej rzuca się w oczy jest to, jak po uszy zakochany w swojej córeczce jest Najlepszy Ojciec na Świecie. :)

 

poniedziałek, 01 października 2012

Jeśli Gaga przenosi estetykę lat 80-tych na wyższy poziom, to Lana tworzy ze stylistyki lat 60-tych sztukę. Co prawda nadal jest to sztuka kiczu, ale ja uwielbiam taki kicz.

 

 

niedziela, 30 września 2012

Projektowanie oprawek okularów to chyba jedna z trudniejszych dziedzin designu modowego. No bo jak dobrze zaprojektować coś co będzie zasłaniało 1/3 twarzy, tak aby tę twarz upiększyć, wydobyć zalety, podkreślić rysy, w żadnym razie nie oszpecić? Zważywszy, że okulary często noszone są niemalże non stop codziennie, to praca projektantów wydaje się wyjątkowo odpowiedzialna, a biorąc po uwagę to, że rodzajów i typów twarzy jest miliony, to zadanie wydaje się wręcz niewykonalne. Znalezienie więc dobrze zaprojektowanych i tanich oprawek to sztuka niełatwa. Mnie udało się znaleźć i jedno, i drugie, a właściwie nawet więcej, bo oprawki, o których piszę są nie tyle tanie, co wręcz rozdawane gratis.

 

Firma Firmoo, która oferuje ogromny wybór świetnie zaprojektowanych oprawek, prowadzi właśnie akcję marketingową, dzięki której każdy nowy klient może dostać oprawki za darmo. Wystarczy wejść na do firmowego sklepu internetowego, wybrać interesujące nas oprawy i złożyć zamówienie (zamawiający pokrywa jedynie koszty przesłki). Ja dzięki tej promocji stałam się posiadaczką czarnych, solidnych rimless glasses, które dotarły do mnie w tempie wręcz błyskawicznym (nie mam zielonego pojęcia jak im się to udało). Thanks Firmoo!

 

firmoo

  Artykuł promocyjny

Dość aktualnym trendem w modzie jest ostatnio tak zwany total look, czyli ubranie się od stóp do głów w ciuszki jednego koloru. Dla tych, którzy jednak z niechęcią spoglądają na trend i ubrane zgodnie z nim celebrytki, odziane w złote mundurki od Anny Dello Russo, znalazłam coś ciekawszego: dodatki, które sprawiają, że ubrana w nie osoba będzie wyglądać jak żywcem wycięta z komiksu. Janusz Panasewicz pewnie nie byłby tym zachwycony, bo już w latach 80-tych śpiewał z niesmakiem, że czuje się jak "rysunkowa postać", ale co innego znawczynie mody i fashionistki...

 

 

Ja co prawda nie jestem ani jedną ani drugą, ale zachwyciły mnie torebki z linii JumpFromPaper autorstwa  tajwańskiego duetu: Chay Su i Rika Lin. Torebki, mimo że na zdjęciach wyglądają jak narysowane, są w rzeczywistości wykonane z płótna i poliestru. Złudzenie powstało dzięki pomysłowi aby proste, graficzne wzory, grube linie i mocne kolory z projektu na kartce papieru,  zrealizować bezpośrednio, bez żadnych upiększeń w trójwymiarze. Genialne.

 

 

 

Tych, których torobki z Tajwanu nie wprawiły w zachwyt, być może zainteresuje coś bardziej designerskiego. Ekstrawaganckie buty projektu Nicholasa Kirkwooda, zainspirowane twórczością dwóch malarzy: Picassa...

 

 

...i Keitha Haringa.

 

 

 

Jeśli spodobało Wam się to ciekawe połączenie sztuki wysokiej ze sztuką z wybiegów, w innym moim wpisie znajdziecie więcej przykładów połączenia malarstwa z modą.

 

Rysunkowe buty to jednak nie tylko domena Kirkwooda. Niemiecka firma Bobsmade, która zajmuje się nadawaniem unikatowego charakteru dodatkom i galanterii, także wpadła na pomysł aby ozdabiać buty rysunkami. Ich obuwie jest malowane ręcznie:

 

 

Odręczne rysunki to oczywiście wartość sama w sobie, ale nie należy zapominać także o czymś takim jak grafika komputerowa. Okulary zainspirowane pikselami autorstwa francuskiego designera Dzmitry Samala, byłyby doskonałym uzupełnieniem komiksowego outfitu.

 

 

piątek, 21 września 2012

Alexandre Duret Lutze to francuski naukowiec, którego hobby to robienia zdjęć różnych miejsc w tzw. rzucie sferycznym przy użyciu projekcji stereograficznej.  Jego fotografie tworzone są w ramach projektu, który Alexandre nazwał "Wee planets."



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79