DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

poniedziałek, 23 stycznia 2012

...to party!

 

Karnawał w pełni, więc wielu z was zapewne imprezuje w najlepsze. Dziś więc, kilka pomysłów na to jak sprawić, aby szalone imprezy były badziej cool.

 

wtorek, 17 stycznia 2012

Alberto Cerriteño to mieszkający w USA, ale pochodzący z Meksyku ilustrator i designer. Alberto tworzy w nurcie zwanym pop-surrealizmem (o którym szerzej pisałam tutaj), wypracował on jednak swój własny styl, w którym dominuje charakter starych vintage'owych ilustracji w stylu legendarnego Jimi'ego Flory, tradycyjne meksykańskie bogactwo ornamentów i tekstur oraz współczesne inspiracje np. popularnymi do niedawna designer toys.

 

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Idąc tropem zmian i galopujących nowości z przedostatniego wpisu - nie sposób nie zauważyć, że przemianom uległ także świat mody. To targowisko próżności, które zawsze karmiło się pięknymi ludźmi, dziś najbardziej ceni sobie osoby, które mogą się pochwalić trochę inną, niż klasycznie piękną, powierzchownością. Współcześnie w cenie jest to co oryginalne, charakterystyczne, wręcz dziwaczne (chociaż dziwactwo to ujęte jest jednak w bardzo wąskie ramy), przez co zapamiętywalne i rozpoznawalne w ogromie zalewającego nas szumu medialnego. Wystarczy chociażby spojrzeć na Zombie Boya, Andrew Pejica, nasze niedawne polskie odkrycie czyli wielkie uszy Dagi Ziober - ups, przepraszam Dagę Ziober z wielkimi uszami, czy wreszcie młodą modelkę Lindsey Wixon, o której dzisiaj będzie słów kilka.

 

Wixon ma wszelkie znamiona ku temu, aby być gwiazdą. Ma urodę porcelanowej laleczki, diastemę z długimi jedynkami, oraz usta o unikalnym kształcie. To wyróżniło ją spośród tłumu modelek i sprawiło, że zainteresował się nią guru fotografii - Steven Meisel, który zaprosił piętnastolatkę do współpracy przy tworzeniu jej pierwszej dużej sesji zdjęciowej dla włoskiego Vogue'a. Świat mody zareagował na nowe odkrycie Meisela entuzjastycznie i od tego czasu kariera młodej amerykanki potoczyła się błyskawicznie. Lindsey pojawiła się na wielu znaczących pokazach w Mediolanie, Paryżu i Nowym Jorku oraz na sesjach zdjęciowych takich magazynów jak i-D, Dazed & Confused, W, Love czy Vogue. Twarz Lindsey zaczęła pojawiać się także w kolejnych kampaniach reklamowych. Podpisała kontrakty z takimi markami jak Versace, John Galliano, Jill Stewart, Miu Miu, Alexander McQueen, Mulberry i Marc Jacobs. Wixon stała się tak popularna, że doszło do tego, iż na jednym z Nowojorskich Tygodni Mody towarzyszył jej fotografka Gabrielle Revere, która próbowała uchwycić najciekawsze sceny z życia Lindsey. Zdjęcia nie tylko ukazały się w czasopiśmie Life - podziwiano je również na specjalnie zorganizowanej wystawie.

 

Mnie również dziwaczna uroda Lindsey zaintrygowała do tego stopnia, że dziś postanowiłam zrobić notkę z cyklu Nieprzeciętne sesje... właśnie z jej powodu (a nie tak jak to dotychczas bywało tylko i wyłącznie ze względu na świetne zdjęcia), a to dlatego iż intrygujący wygląd dziewczyny sprawia, że fotografie na których się pojawia, wiele zyskują dzięki niej. To jej twarz nadaje im klimat i to jej powierzchowność determinuje nastrój sesji.

 

 


 

 

Lindsey Wixon w sesji stworzonej dla AnOther Magazine. Klimat moich ukochanych lat 70-tych świetnie uchwyciła tu fotografka Venetia Scott.

 

 

 

Poniżej fotografie z tegorocznej wiosennej kampanii marki Mulberry. Do cukierkowej i słodkiej (w bardzo dosłowny sposób) sesji fotografowi Timowi Walkerowi pozowała tu, obok Lindsey Wixson, także Frida Gustavsson.

 

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli przyjrzeć się historii kryminału w wydaniu filmowo-telewizyjnym nie da się nie zauważyć, że gatunek ten jest wyjątkowo podatny na poddawanie się schematom. Na początku dziejów kryminalistyki w wydaniu tv, rządzili twardzi detektywi manipulowani przez tajemnicze i piękne femmes fatales (filmy noir), później dzielni detektywi oprócz niezwykłej twardości zaczęli charakteryzować się też nadzwyczajnym sprytem i inteligencją (Colombo, Kojak) a następnie, kiedy i ten schemat się wyczerpał przebiegli gliniarze dostali do pary niezwykle piękne i równie inteligentne jak oni partnerki (Na wariackich papierach, Remington Steele, Dempsey i Makepeace), dzięki którym wprowadzono na ekrany, szerzący się niczym szarańcza, wątek napięcia seksualnego pomiędzy parą głównych bohaterów, co doprowadziło do tego, że w latach 90-tych już żaden serial nie potrafił obejść się bez pary mieszanej, mocno zakochanej (Z archiwum X, Żar tropików). Mimo tych wszystkich różnic dzielących poszczególne dekady, w kryminałach minionych lat daje się zauważyć jedną wspólną cechę: otóż kiedyś detektywi będący głównymi bohaterami seriali czy filmów fabularnych odznaczali się (oprócz oczywiście znakomitego wyszkolenia technicznego) inteligencją, sprytem i siłą charakteru. Byli oni po prostu świetnymi fachowcami w swojej robocie - doskonali profesjonaliści na właściwym dla nich miejscu. To wystarczało aby postaci te stały się bohaterami pokoleń, do teraz wspominanymi z rozrzewnieniem.

 

Dziś, w poszukiwaniu emocji i wrażeń dotąd nieznanych, schemat wątków kryminalno-detektywistycznych poszedł "odrobinę" dalej. Przestępcy już nie są zwykłymi kryminalistami, a postaciami nie z tego świata (sukuby, wampiry, wilkołaki i inne fantastyczne stwory) natomiast tropiący ich detektywi to ludzie z nadnaturalnymi zdolnościami, a jeśli nie z nimi to przynajmniej z wyjątkowymi talentami, nie danymi zwykłym śmiertelnikom. Podejrzewam, że scenarzyści, którzy pierwsi wpadli na ten pomysł próbowali spojrzeć na kwestie kryminałów nieco szerzej i wyrwać się z konwencji. Nie sądzili pewnie, że to ich świeże spojrzenie, otwiera nową puszkę Pandory z kolejnym... schematem. Wysyp nadnaturalnych zdolności u dzielnych policjantów lub ich współpracowników, o których będzie dzisiejsza notka, ostatnio niebezpiecznie przekracza granicę nasycenia, za którą spełnia się przepowiednia Kononowicza. Wydaje mi się, że jeśli w kolejnym sezonie powstanie jeszcze jeden serial kryminalny z wątkiem nadnaturalnych zdolności dzielnych gliniarzy to już naprawdę nie będzie niczego, ani też żadnego powodu, dla którego warto byłoby użyć przycisku pilota telewizyjnego...

 

 


 

 

Poniżej krótki przegląd superdetektywów, którzy nie oparli się nowemu superschematowi:

 

"Bones" - supertechnika w służbie supergenialnej pani antropolog. Fatalnie dobrana muzyka pojawiająca się w kompletnie nie pasujących do niej momentach, sztuczne dialogi wypełnione bezsensowną paplaniną i przyprawione patosem ("zamach terrorystyczny to poważna sprawa, ten ktoś zdewaluował pojęcie kultury, zabił ludzi w imię Boga, po czymś takim coś w nas umiera" - litości...), okraszone sztucznie kreowanymi i kompletnie nieuzasadnionymi antagonizmami między agentami FBI a naukowcami. No i grzech największy: absolutny brak chemii między parą bohaterów generujących na siłę wyjątkowo sztuczne napięcie. Jeśli już o parze głównych postaci mowa: bezpłciowy gliniarz z typowo amerykańską kwadratową szczęką plus clou programu - Karolina Korwin-Piotrowska w roli Bones, odstręczają mnie od tego serialu wyjątkowo skutecznie.

 

Psych - tutaj supermocą jest superspostrzegawczość. Nienajgorszy komediowy kryminał, na niestety momentami niskim poziomie - jednak muszę przyznać, że coś w sobie ma. Pojedyncze odcinki oglądane od czasu do czasu wciągają, aczkolwiek nie na tyle żeby oglądać wszystkie sezony regularnie. Nie oszukujmy się, ten serial to jednak "Głupi i głupszy" w wersji kryminalnej.

 

Monk - komediowy serial o ciężko chorym na nerwicę natręctw byłym policjancie, Adrianie Monku, który jednocześnie jest geniuszem posiadającym doskonałą pamięć wzrokową oraz umiejętność zauważania nawet najmniejszych śladów i kojarzenia ich ze sobą. Serial jest równie genialny jak sam detektyw Monk - uwielbiam go.

 

House - serial, którego chyba przedstawiać nikomu nie trzeba, traktujący o pewnym lekarzu odznaczającym się cechami socjopatycznymi (tu podobieństwo do pani dr Brennan, czyli serialowej Bones), którego wszyscy podziwiają na ekranie, ale spotkać się z nim oko w oko na pewno by nie chcieli. Gnuśny, egoistyczny, zawsze brutalnie szczery, obcesowy i uzależniony od leków doktor Gregory House, dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu do pacjentów i bezbłędnemu instynktowi potrafi rozwiązywać zagadki medyczne niczym genialny Sherlock Holmes. House stawia diagnozy, na które nikt inny by nie wpadł. Mimo, że bardziej fascynują go zagadki medyczne niż ratowanie życia pacjentom, których diagnozuje to jest on bohaterem - jeśli nie swojego szpitala, to na pewno milionów fanów zafascynowanych serialem (który prawdę mówiąc od kilku sezonów zalicza spektakularny jakościowy zjazd w dół - ale jeśli spadać to z wysokiego konia... ;)

 

Lie to me - superpower polegająca na czytaniu z mowy ciała. 'Houseopodobny' dr Cal Lightman dzięki umiejętności interpretowania mikroekspresji  udziela pomocy w rozwiązywaniu zagadek kancelariom prawniczym, FBI, policji, korporacjom i osobom prywatnym. Dzięki odczytywaniu emocji, które sprytni przestępcy ukrywają głęboko w sobie Lightman jest skuteczniejszy od niejednego psa myśliwskiego. Pomysł na serial wyjątkowo ciekawy, ale nie do końca wypalił (mimo udziału Tima Rotha). O średniości tego serialu pisałam tutaj.

 

White Collar - kiedy natura wyposaża kogoś w wyjątkowy talent artystyczny, ogromny spryt i nieprzeciętną inteligencję, ten ktoś ani chybi musi zostać genialnym fałszerzem i oszustem. Jeśli do tych cech dodamy absolutnie ujmującą powierzchowność , tony uroku osobistego i naprawdę sporą wiedzę (główny bohater serialu zna się dosłownie na wszystkim i we wszystkim jest absolutnie najlepszy) otrzymamy superbohatera Neala Caffreya, czyli człowieka, który mimo, że jest przestępcą to jednak szlachetnie pomaga FBI w prowadzonych śledztwach. "White Collar" to kryminalny serial familijny, kompletnie nieprzystający do naszych czasów i królujących w nich seriali nowej generacji. Głupiutki jak lata 80-te, naiwny jak lata 90-te i z kompletnie nieostrymi "ciętymi ripostami".



Mentalista - niezwykły talent obserwacji i dedukcji oraz superzdolności interpersonalne to cechy kolejnego konsultanta, który dzielnie pomaga policji. Bohaterem serialu jest Patrick Jane wyglądający jak cherubinek w wersji dorosłej, który wykorzystując takie metody jak sugestia, hipnoza czy manipulacja potrafi rozwiązać najbardziej skomplikowane sprawy kryminalne. W tle mamy seryjnego mordercę, który prześladuje Jane'a, nieciekawych i bezbarwnych współpracowników "mentalisty" i przeciętne zagadki kryminalne.

 

Unforgettable - superpamięć, w wydaniu zjawiskowego rudzielca w postaci byłej pani detektyw – Carrie Wells, byłaby może i fajna gdyby nie to, że serial jest zrealizowany w nudny i - nomen omen - schematyczny sposób. Nieciekawe postaci, nieciekawiący mnie zupełnie główny wątek przeszłości Carrie schowany za coodcinkowymi nudnymi przestępstwami. Jeśli zapytać kogoś zorientowanego w temacie, w którym momencie schemat supermocy się wyczerpał to z dużą dozą prawdopodobieństwa odpowiedziałby, że w momencie pojawienia się "Unforgettable"... 

 

Castle - superwyobraźnia, której posiadaczem jest wyluzowany dowcipniś z ekscentryczną rodzinką, będący jednocześnie niezwykle popularnym autorem powieści kryminalnych - Richard Castle. Cool Richard jest oczywiście zmyślniejszy i mądrzejszy od wszystkich dochodzeniowców z wieloletnim doświadczeniem razem wziętych. W serialu mamy ciekawie zarysowane tło (rodzina, policjanci), ale zagadki kryminalne mogłyby być bardziej dopracowane: motywy zbrodni mniej naciągane, a sposoby dochodzenia do prawdy bardziej wiarygodne.

 

Suits - kolejny osobnik obdarzony fotograficzną superpamięcią i niezwykłą bystrością umysłu, jest bohaterem serialu - tym razem prawniczego, ale niewiele różniącego się od typowych kryminałów, bo w każdym odcinku mamy do rozwiązania jakiś ogromny korporacyjny przekręt. Bohaterem "Suits" jest Mike Ross - niedoszły student, młody chłopak bez wykształcenia, za to obdarzony wspomnianymi wcześniej, niezwykłymi przymiotami, który cudem wręcz dostaje pracę u najlepszego nowojorskiego prawniczego wygi. Mike niczym współczesny Kopciuszek przywdziewa swoją balową sukienkę w postaci tytułowego garnituru i oczywiście okazuje się najlepszy we wszystkim, do tego stopnia, że to dzięki niemu w głównej mierze, udaje się jego mentorowi rozwikłać przestępcze zawiłości korpo-biznesu. Jako, że Ross i jego pracodawca sami są trybikami w wielkiej korporacji dla której pracują, a garnitury, jak sam tytuł wskazuje, naprawdę spełniają w serialu dużą rolę, ta bajka spodoba się pewnie w większości młodym japiszonkom uczestniczącym masowo we współczesnych wyścigach szczurów. Wreszcie i oni maję swojego bohatera, z którym mogą się utożsamiać.

 

Numb3rs - tutaj w schematycznej roli genialnego konsultanta na usługach FBI występuje wyjątkowo utalentowany młody matematyk Charlie, który twierdzi że "wszystko da się wyrazić liczbami." Tę ryzykowną tezę, nasz światowej sławy młody geniusz skwapliwie udowadnia w każdym odcinku, kiedy opracowuje zebrane dane, przelicza, odszukuje ukryte schematy i algorytmy zawarte w poszlakach, pomagając w ten sposób w ujęciu sprawców. Pomysł fajny, ale wykonanie takie sobie.

 

Criminal Minds - serial o pracy specjalnej jednostki FBI zajmującej się profilowaniem psychologicznym seryjnych morderców. Na grupę składają się m.in. doświadczony stary wyga i jednocześnie legendarny wręcz profiler, oraz - a jakże - młody geniusz, z nieprawdopodobnie wysokim IQ. Serial jest błyskotliwy, inteligentny i ciekawy mimo, że porusza temat do cna wyeksploatowany przez kino i telewizję (seryjni mordercy).

 

The Listener - opowiada o młodym ratowniku medycznym, który potrafi czytać w myślach.
Lubię kanadyjskie produkcje ze względu na to, że mają swój charakter i są takie inne od tych wyprodukowanych w Stanach. Ta, mnie rozczarowała bo jest niechlubnym wyjątkiem - niestety niczym się nie wyróżnia od amerykańskiej sieczki.



Sherlock - o tym panu nie ma co się rozpisywać, bo wszyscy znają tego praszczura wszystkich genialnych konsultantów policyjnych. Ograniczę się więc tylko do napisania, że legendarny detektyw przeniesiony do współczesności daje sobie radę niezgorzej niż ten z wiktoriańskiej Anglii... No dobra, nie będę się droczyć: ten serial jest jednym z inteligentniejszych i bardziej klimatycznych seriali jakie powstały w ostatnim czasie.

 

Perception - tutaj FBI pomaga genialny neurobiolog - przeuroczy i przesłodki dr Geoffrey Pierce, który niejako 'przy okazji' jest... schizofrenikiem. I to właśnie schizofreniczne głosy i zjawy (które tak naprawdę nie są niczym innym jak projekcjami jego podświadomości) pomagają Pierce'owi w odnajdywaniu rozwiązań zagadek kryminalnych. Pomysł na serial oryginalny, ale realizacja komercyjna do bólu.

 

 

sobota, 14 stycznia 2012

Ostatnio na każdym kroku odnoszę wrażenie, że świat w czasach, w których przyszło nam żyć nie tylko tradycyjnie, po staremu idzie do przodu, ale wręcz pędzi naprzód z prędkością odrzutowca. Nowe technologie, nowe sposoby komunikacji, nowe media tworzą zupełnie nowe społeczeństwa o nowych potrzebach i z zupełnie innym niż dotychczas stylem życia. To wszystko dzieje się tak strasznie szybko, bez żadnego przejściowego procesu transformacji, że nowe pokolenia prawdopodobnie nie zauważą tych zmian - one po prostu wejdą w nie, jak w gotowy projekt innego, nowego świata. Trochę mi ich żal... ;)

 

No dobrze, to taka małą dygresja o tym jak to "idzie nowe", ale do rzeczy, bo - jak tytuł notki wskazuje - miało być o street arcie. Nowym, oczywiście.

Sztuka uliczna jest chyba najbardziej progresywną i trendotwórczą ze sztuk. Zmienia się w niej dużo i często, a najistotniejsze z jej nurtów są niemalże momentalnie wychwytywane przez czujne korporacje, które bezzwłocznie przenoszą je do mainstreamu. O nietypowych, świeżych i nowych przejawach street artu pisałam już kilkakrotnie (Mali ludzie, Malarze ścienni z Ukrainy, Siewca gwiazd, Oczy street artu) ale temat jest tak głęboki, że postanowiłam zrobić mały przegląd najbardziej kreatywnych pomysłów z rodem ulicy.

 

 

 


 

 

 

James Cochran to australijski artysta, którego pasją, zanim stał się uznanym malarzem z wieloma wystawami na koncie, było graffiti.  James już jako dziecko, w latach 80-tych, był znaną postacią tego nurtu, a jego grafiki można było spotkać na wielu budynkach Adelajdy, gdzie mieszkał. Już jako dojrzały artysta Cochran postanowił przenieść znaną skądinąd technikę jaką jest puentylizm na ściany miejskich murów, dzięki czemu powstała puentylistyczna odmiana graffiti. Być może taki zabieg to dobry kontrargument dla tych, którzy jeszcze wciąż uważają, że graffiti to nie jest sztuka? ;)

 



 



Holender Max Zorn jest artystą, który w swojej twórczości wykorzystuje dość nietypowe tworzywo – najzwyklejszą szarą taśmę klejącą. Zorn tworzy z niej obrazy, naklejając na siebie warstwowo odpowiednio przycięte paski taśmy i komponując w ten sposób obszary jaśniejsze i ciemniejsze. Obrazy Maxa w pełnej krasie można podziwiać jedynie po podświetleniu, dlatego artysta zawiesza swoje dzieła na latarniach ulicznych. Jego prace zobaczyć można głównie na ulicach Amsterdamu.

 

zorn

 

zorn

 

 

Pochodzący z Hiszpanii artysta o pseudonimie SpY w kreatywny sposób upiększa ulice wielkich miast swoimi pomysłami. Z dużym poczuciem humoru zmienia przestrzeń miejską, sprawiając że staje się ona trochę bardziej przyjazna człowiekowi.

 

 spy

 

 

Człowiek podpisujący się nickiem OaKoAk, to (zaraz obok bardziej wyrafinowanego Zorna) mój dzisiejszy faworyt. Dzięki dowcipnemu wykorzystaniu interakcji z ulicą OaKoAk tworzy niezwykle kreatywną sztuką wyłaniającą się z pęknięć w ścianie czy dziur w ulicach. Efekty jego pracy całkowicie mnie zauroczyły.

 

 

 

 

 

Evol to niemiecki artysta, który dzięki swojej niesamowitej wyobraźni zmienia nieciekawe przedmioty w fantastyczne obiekty artystyczne.  Za jego dotknięciem budki z przyłączami elektrycznymi, telekomunikacyjnymi czy gazowym będące stałym i dość brzydkim elementem miast, zmieniają w miniaturki bloków mieszkalnych. Dzięki jego pozytywnej i rozweselającej sztuce, przechodzący obok niej mieszkańcy blokowisk, mogą poczuć się jak bohaterowie z powieści "Podróże Guliwera". 

 

 

 

 

Realistyczne obrazy 3D malowane na chodnikach i ulicach miast to już dzisiaj nie nowość, ale koncept ten jest na tyle ciekawy, że trudno go pominąć. Wśród artystów zajmujących się tego typu sztuką są m.in. Kurt Wenner, Edgar Müller i Manfred Stader. Ja do prezentacji wybrałam słynnego Juliana Beevera - brytyjskiego artystę, który umiejętnie operując perspektywą potrafi wywołać naprawdę niesamowite wrażenie trójwymiarowości swoich chodnikowych obrazów.

 

 

niedziela, 08 stycznia 2012

 

 

Nate Padavick i Salli Swindell to zgrane, artystyczne rodzeństwo, które pracuje ze sobą już od 10 lat tworząc wspólnie firmę o nazwie Studio SSS. Razem ilustrują magazyny i książki tworząc stylowe charakterystyczne grafiki i rysunki, ale jeden z ich projektów jest zupełnie wyjątkowy...

 

Podczas pewnych wspólnych wakacji rodzeństwo wpadło na pomysł, aby stworzyć ilustrowaną książkę kucharską z ich ulubionymi potrawami. Jak pomyśleli tak też zrobili. Efektem tego pomysłu jest blog o nazwie They draw and cook z graficznymi przepisami, do którego współtworzenia zaprosili internautów z całego swiata. Oczywiście opublikowano także jedyną w swoim rodzaju książkę kucharską, która pewnie posiada rekordową liczbę autorów, bo na blogu widnieje już około 500 przepisów na dania z niemalże każdego zakątka globu (w tym kilka z Polski - kto nie wierzy niech sprawdzi na mapie). Idąc za ciosem wydano także, nie mniej oryginalny, ilustrowany przepisami kalendarz.

 

Blog Nate'a i Salli to kopalnia inspiracji zarówno kulinarnych jak i rysunkowych. Znaleźć tam można przepisy w wykonaniu profesjonalnych grafików jak i amatarów dobrego jedzenia.

 

 

piątek, 06 stycznia 2012

Nie wiem jak u was, ale u mnie jest na tyle zimno, mokro i wieje, że nie chce się wychodzić nawet z domu, a co dopiero do lasu. Dla przypomnienia zatem jak wygląda prawdziwa natura i drzewa w postaci zielonej (których pewnie jeszcze długo nie będzie dane nam zobaczyć na żywo) dziś wpis relaksacyjny, kojący dla oczu, ale też trochę artystyczny, bo nie zamierzam odchodzić daleko od tematyki bloga.

 

 


 

Leśne zabawy z drzewami i perspektywą nie są obce kilku artystom, którzy wpadli na podobne pomysły w różnych okresach czasu. Wszyscy oni zdają się hołdować poglądowi Jana Dibbetsa (holenderskiego artysty konceptualnego, który swoje eksperymenty z perspektywą i fotografią rozpoczął już w latach 60-tych):

 

 

Podstawowy błąd to myślenie, że fotografia sprowadza się do kompozycji. To bzdura. Fotografia to pomysł, fikcja. Trzeba umieć ucieleśnić tę fikcję. A to oznacza, że fotografia powinna być wolna i że nie można myśleć o niej w kategorii ładnego ujęcia. Naturalnie o kompozycję też chodzi, ale fotografia to przede wszystkim idea, którą należy zrealizować poprzez narzędzie.

 

 

 

John Pfahl 1974/77

 

 pfahl

 

 

Zander Olsen 2004/2005

 

 zander olsen

 

 

Jan Imberi 2008


jan imberi

czwartek, 05 stycznia 2012

Dzisiejszy wpis zatytułowałam "Jeszcze muzyka nie zginęła..." żeby jakoś nawiązać do pierwszego przeglądu muzyki serialowej, który niedawno tu opublikowałam, ale tak naprawdę obecna notka powinna nosić tytuł "Najlepsza muzyka powstała dawno temu i długo jeszcze nie powstanie nic, co mogłoby jej dorównywać", albowiem większość piosenek ze współczesnych seriali, które ostatnio zrobiły na mnie wrażenie to te powstałe w czasach wręcz zamierzchłych...

 

 

Zacznę optymistycznie od piosenki i wokalistki z nie tak odległej przeszłości.

 

Finał pierwszego sezonu American Horror Story był dla wielu sporym rozczarowaniem. Dla dużej ilości osób pseudo happy end okraszony kliszą znaną z pewnego przełomowego, aczkolwiek dosyć starego już działa, którym uraczyli nas scenarzyści był trudny do przyjęcia z godnością (gdzieniegdzie pojawiły się nawet mało eleganckie bluzgi), ale dla mnie było to całkiem zgrabne zamknięcie całości. Całości, która przecież sama składała się z miliona horrorowych klisz z jakich amerykańska popkultura jest zbudowana. Tak więc psioczenie niektórych na końcówkę AHS jest dla mnie wyrazem sporego blamażu samych narzekających: świadczy to o ich kompletnym braku świadomości i niezrozumieniu tego co przez 12 odcinków dane im było oglądać.

 

Ale do rzeczy, bo miało być o muzyce. Jednym z tych czynników, które sprawiły, że finał serialu był tak mocno poruszający (mimo, że mało zaskakujący) była ilustrująca go piosenka Cariny Round pt. "For Everything A Reason." Ja oczywiście obok tego faktu nie mogłam przejść obojętnie więc Cariną zainteresowałam się bliżej.

 

Carina Rund to brytyjska wokalistka porównywana często, ze względu na barwę głosu do PJ Harvey, choć ona sama bardziej przyznaje się raczej do inspiracji Patti Smithi - trudno sie z nią nie zgodzić, bo jej muzyka to wysokiej próby zadziorno-delikatny, gitarowy kobiecy rock. Utalentowana Carina o pięknym głosie, swój debiutancki album wydała w 2001 r. Od tego czasu z powodzeniem działa na rockowej scenie, zyskujac uznanie krytyków (jej muzyka była porównywana do kompozycji Bjork, Jeffa Buckleya i Roberta Planta) i kolegów po fachu (koncertowała z Coldplay, a Billy Corgan proponował jej posadę basistki w Smashing Pumkins).


 

 

Kolejny serial który, zwrócił moją uwagę swoim soundtrackiem to Misfits. W jednym z odcinków, podczas pewnego emocjonującego momentu pojawia się stary pinkfloydowski "szlagier" z przełomowej dla całej muzyki rozrywkowej płyty "Dark Side of the Moon". Leciwy utwór pt. "Time" w świeżym wykonaniu młodej grupy Wolf People, mimo że nie został pozbawiony tej szlachetnej, starej patyny (zespół zaskakująco dobrze odtworzył stare brzmienie) brzmi tak dobrze, że mam ochotę ostatnio słuchać go cały czas (pomimo, że DSotM nigdy nie należała do moich ulubionych płyt Pink Floyd).

 

Wolf People to brytyjski zespół, tworzący muzykę rockową z licznymi nawiązaniami do rocka psychodelicznego. Grupa powstała w 2005 r. ale zadebiutowała dopiero niedawno - w 2010 roku albumem "Tidings".



 

 

Na koniec moja ukochana, wiecznie żywa Nina Simone. Jedno z jej nagrań, pojawiło się w finałowym odcinku pierwszego sezonu "Luthera", który to okazał się niestety sztucznie napompowaną porażką obrażającą inteligencję widza. Jednak piosenka pt. "Don't Let Me Be Misunderstood" i klimat, który dzięki niej został stworzony był tak niesamowity, że do tej pory trudno mi się od niego uwolnić.

 

 

 

Kolejne nagranie Niny Simone pojawiło się w jednym z odcinków "The Killing". Utwór w jej wykonaniu pt. "If I Should Lose You" to ulubiona piosenka zmarłej w dramatycznych okolicznościach żony senatora Richmonda - postaci równie tragicznej, co tajemniczej.



wtorek, 03 stycznia 2012

 

Poniżej mały przegląd okładek magazynu, które niejednokrotnie przeszły do historii mody i popkultury.