DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

środa, 30 listopada 2011

Alexei Lyapunov i Lena Ehrlich to rosyjscy artyści, którzy są twórcami imponującej kolekcji rzeźb wycinanych z papieru. Ich kolorowe historyjki w wersji 3D tworzone przy pomocy pęset, nożyczek, drutu, kartonu, kleju i farb są unikatowe i oryginalne. Zachwycają dbałością o detale i formą graficzną. Szkoda tylko, że są tak delikatne i stosunkowo nietrwałe.

 

Tagi: sztuka
09:52, i-ra
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 listopada 2011

Skoro Semprini już wywołał do tablicy temat urodzin Alana Moore'a, to dzisiaj nostalgicznie:

 

Tagi: muzyka
15:36, i-ra
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011

Françoise Hardy to kobieta-zjawisko. Ta aktorka, piosenkarka, kompozytorka i autorka tekstów o szlachetnej, nieco surowej ale niebanalnej i eterycznej urodzie jest ikoną francuskiej pop-kultury, uosabiającą paryski szyk i elegancję połączoną z nonszalancką naturalnością.

 

Françoise urodziła się w 1944 r. w Paryżu. Jako siedemnastolatka w 1961 r. podpisała swój pierwszy kontrakt płytowy z wytwórnią Vouge. Jej debiutancki album pt. "Oh Oh Cheri", do którego teksty piosenek napisał Johnny Hallyday, natychmiast odniósł spory sukces. W 1963 r. wystąpiła w Monako na konkursie piosenki Eurowizji. Pięć lat później otrzymała Grand Prix przyznawane przez Francuską Akademię Muzyczną. Po 6 latach występów na scenie piosenkarka zdecydowała się na zakończenie działalności koncertowej i skoncentrowała się tylko na nagrywaniu płyt. Dziś jest jedną z najważniejszych postaci francuskiej sceny muzycznej. Współpracowała m.in. z Sergem Gainsoburgiem, Bobem Dylanem, Iggy Popem i grupą Blur. 

 

Hardy już od pierwszego momentu pojawienia się na muzycznej scenie, zaczęła być we Francji postrzegana jako swego rodzaju wyznacznik obowiązujących nurtów zarówno w muzyce, jak i modzie. Jej zawsze stylowy wygląd doceniły nie tylko wzorujące się na niej Francuzki. Dom mody Balenciaga stworzył kilka kolekcji zainspirowanych jej stylem. Mimo, że jej piosenki nie zrewolucjonizowały muzyki, to jej postać trochę namieszała w popkulturze (nie tylko lat 60-tych). Sam Bob Dylan wspomina o niej swoim poemacie pt. Some Other Kinds Of Songs. Piosenkarka wystąpiła także w kliku filmach w rolach gościnnych, a czasem nawet jako ona sama.


 

 

środa, 09 listopada 2011

Duch polskiego designu jest jak duch Bożego Narodzenia: wszyscy o nim słyszeli, niektórzy nawet go poczuli, ale niewielu jest takich, którzy go widzieli.

 

Pokusa jednoznacznego zdefiniowania współczesnego polskiego designu jest spora. Różnorakie media co jakiś czas próbują uchwycić jego enigmatyczne oblicze, co udaje się z różnym skutkiem. Oczywiście, wspaniale byłoby pochwalić się przed światem wypracowaną tożsamością rodzimego designu, jak robią to Skandynawowie, Włosi czy Japończycy - byłoby to dość wygodne, prestiżowe i jednocześnie określające nas, Polaków w światowej sztuce i kulturze. Jednak na snucie takich huraoptymistycznych wizji chyba jeszcze za wcześnie...

 

W projektowaniu wzornictwa przemysłowego mamy wspaniałe tradycje. Cały XX wiek to czas rodzenia się, rozwoju, a także (mimo wszelkich przeciwności) rozkwitu polskiego designu: młodopolskie ożywienie sztuki użytkowej na początku stulecia, awangardowo-modernistyczne lata 20 i 30-te, powojenne dekady "rozwoju kontrolowanego" gdzie sztuka użytkowa, mimo że doceniana, to pętana była w "socjalistyczne treści" i nadzór centralny (no niestety, od polityki nie uciekniemy - w końcu mowa tu o designie narodowym, a ten zawsze naznaczony i uzależniony jest od dziejów kraju, w którym powstaje). Powstanie w 1950 r. Instytutu Wzornictwa Przemysłowego oraz w 1959 r. Rady Wzornictwa i Estetyki Produkcji Przemysłowej sprawiło, że lata 60-te, to już okres w którym wzornictwo w kraju pełniło znaczącą rolę (oczywiście pomogło tu znacznie, umiarkowane otwarcie się na świat oraz nacisk na pozyskiwanie zachodnich walut, które wiązało się ze zwiększeniem eksportu). Lata 70-te to zapowiadające kryzys życie narodu na nie swój rachunek, ale także czas inwestycji  - co przyniosło pozytywne skutki dla wzornictwa (wtedy to powstawały u nas produkty pod względem designu  porównywalne z zachodnimi). Jednak lata 80-te (z powodów wiadomych) to już okres w pewnym sensie dla designu stracony - inne wtedy mieliśmy problemy i na czym innym skupiano swoją uwagę. Znamienne w każdym razie jest to, że to właśnie w latach 80-tych przestała istnieć Rada Wzornictwa Przemysłowego. Kolejna dekada, czyli czas transformacji ustrojowych to dla polskiego designu okres konfrontacji naszego wzornictwa z zachodnim, które nagle zaczęło zalewać rynek. Czas zmian w sposobie myślenia o projektowaniu i o rynku. Był to czas, jak każdy okres przekształceń, niewielkich sukcesów za to mający ogromne znaczenie w przyszłości. Lata 90-te przygotowały nas na to, co dzieje się teraz (a o tym za chwilę): stare uczelnie związane z wzornictwem wprowadziły zmiany programowe, powstawały też nowe - potencjał wzornictwa rósł, bo tego wymagał nowy rynek...

 

Ten krótki rys historyczny był konieczny, aby zrozumieć w jakim miejscu stoi design współczesny, jakie ma podparcie w przeszłości, ale też jakie stoją przed nim przeszkody. Polski design w nowy wiek wszedł, jak widać, ze sporym bagażem. Paradoksalnie jednak, musiał niejako zaczynać od początku - nowe realia, w których nagle się znaleźliśmy sprawiły, że zarówno projektanci jak i konsumenci spojrzeli na wzornictwo z trochę innego punku widzenia niż dotychczas. Powoli zaczynano dostrzegać, że design to element wzrostu konkurencyjności i nowatorstwa. Uświadamiano sobie również, że wzornictwo może być nośnikiem tradycyjnych wartości, budującym narodową tożsamość, co praktykuje się na świecie już od dawna. Wreszcie dostrzeżono, że design z punktu widzenia ekonomii po prostu się opłaca. W efekcie rząd wprowadził zapisy korzystne dla rozwoju wzornictwa, postrzegając je jako ważny czynnik rozwoju innowacyjności, zaczęto organizować konkursy (Śląska Rzecz), wystawy i festiwale designu (Gdynia Design Days, Łódź Design Festiwal, Arena Design),i wydawać magazyny tematyczne (2+3D), wdrożono projekty badawcze w zakresie wzornictwa i ergonomii, oraz programy wspomagające rozwój projektowania (Zaprojektuj Swój Zysk, Dobry Wzór i Young Design), w Poznaniu natomiast powstaje właśnie polska szkoła designu pod merytorycznym patronatem Li Edelkoort (najbardziej wpływowej kreatorki trendów na świecie).

 

Jaki jest rezultat tych wszystkich zabiegów, czyli krótko mówiąc jak jest dziś nasz narodowy design?

Współczesny polski design nie ustawia się na upatrzone z góry pozycje. Jednym zdaniem: designerzy poszukują. Czerpią z rodzimych tradycji, jednocześnie mając dość globalne spojrzenie na projektowanie. Hołdują trendom światowym, dorzucając jednak coś od siebie (jak np. motywy folkowe). Pomysłowe formy, twórcze podejście do nowoczesnych technologii, przewrotne poczucie humoru oraz błyskotliwe rozwiązania to elementy nieobce polskim współczesnym projektantom - to cieszy, ale oczywiście nie sprawia jeszcze, że w polskim wzornictwie istnieje coś co można jednoznacznie zdefiniować mianem ducha polskiego designu. Na razie są to małe duszki, unoszące się tajemniczo nad naszym krajem. Kiedy i czy w ogóle transformują one w jednego, potężnego, ogólnonarodowego Ducha Designu Polskiego - nie wiadomo, choć wiele mówi, że wszystko jest na dobrej drodze (aczkolwiek nie będzie to droga prosta, a tym bardziej krótka, tak więc pragnącym obcować z zaświatami polecam uzbrojenie się w cierpliwość ;)).

 

 

 


 

 

Póki co, kilka pomniejszych duszków krajowego designu można zobaczyć na wystawie  "The Spirit of Poland". Jest to wspólna inicjatywa twórców wzornictwa przemysłowego, której głównym celem jest zaprezentowanie polskiego designu za granicą. Poprzez współpracę projektantów, instytucji i mediów, przedsięwzięcie promuje polskie marki na najważniejszych wydarzeniach związanych z designem na świecie. Projektanci i firmy zapraszane do udziału w przedsięwzięciu, to designerzy-przedsiębiorcy, którzy ochoczo i z impetem rozwijają swoje studia projektowe.

Wystawy "The Spirit of Poland" pokazane zostały już w ramach takich prestiżowych festiwali designu jak: 100% Design London oraz Tokyo Designers Week 2011. Wybrane do prezentacji produkty to nie tylko ciekawe pomysły, ale przede wszystkim rzeczy o dużym potencjale rynkowym.



 

 

Nowoczesność i potencjał naszego kraju promują na świecie duszki w postaci: 

 

AZE Design to studio projektowe założone w 2006 r. przez Annę Kotowicz i Artura Puszkarewicza. W ich projektach przenikają się architektura, grafika użytkowa oraz historia sztuki. Podczas projektowania inspiracją dla nich są sytuacje codzienne. Sięgają oni zarówno po stare techniki rękodzielnicze, jak i najnowsze technologie. Ich produkty znajdują się w zbiorach muzealnych w Polsce oraz zagranicą.

 

AZE Design projektuje przedmioty, których zadaniem jest prowokowanie konsumenta do myślenia, nie tylko do ich używania. Jak widać poniżej , studio łączy poszukiwania najprostszych rozwiązań z intelektualną refleksją:



 

AZE

 

 

Knockoutdesign to studio stworzone przez Martę Florkowską-Dwojak, Magdę Juszczak, Mayę Ober oraz Dorotę Kabałę, specjalizujące się we wzornictwie przemysłowym, grafice oraz projektowaniu instalacji w przestrzeni miejskiej i wystawienniczej. Tworzone przez nich przedmioty, oscylują na granicy sztuki użytkowej z bardzo osobistym przesłaniem.



 

 

Emandes to marka nowoczesnego oświetlenia, która została założona w 2004 roku przez duet: Małgorzatę Ratajczak i Sebastiana Szlabsa. Ich produkty to ręcznie wykonane oświetlenie i rzeźbiarskie lampy. Zaprojektowane z pasją i produkowane w limitowanych seriach, wyróżniają się eleganckim i prostym designem oraz poszukiwaniami nowych pomysłów zrywających z konwencją. Produkty Emandes nagradzane były zarówno w dziedzinie designu jak i innowacji.

 

 

 

Malafor to studio projektantów Agaty Kulik-Pomorskiej i Pawła Pomorskiego, które powstało w 2004 r. Studio rozpoczęło działalność od tworzenia projektów produkowanych w krótkich seriach, jak sławne siedziska Pieńki, czy seria Pipe Line. Dziś Malafor projektuje i sprzedaje pod własną marką dizajnerskie meble oraz projektuje produkty wzornictwa dla firm zewnętrznych, zbierając przy tym liczne nagrody w międzynarodowych konkursach.

 



malafor

 

 

Studio Puff-Buff Design zostało założone w 2003 r. w Warszawie przez Annę Siedlecką i Radka Achramowicza. Pracując z różnymi materiałami studio stworzyło projekty kładące nacisk na elastyczność, transparentność i nowe technologie. Przedmiotem zainteresowania projektantów jest lekkość oraz wykorzystanie powietrza jako materiału budulcowego, które proponują w ramach alternatywy dla ciężkich, konwencjonalnych materiałów. Ich niecodzienne lampy przeznaczone dla odbiorców poszukujących unikatowych rozwiązań i designu z poczuciem humoru, były nagradzane w wielu konkursach, zyskując sobie miano ikon młodego polskiego wzornictwa.



 

 

Kafti Design tworzą siostry: Monika Brauntsch i Sonia Słaboń, które w dzieciństwie przeczytały baśń o cudownym ptaku Kafti, potrafiącym ożywić wnętrze pałacu. Inspiracja ta, zaowocowała powstaniem firmy o tej właśnie nazwie. Kafti Design zajmuje się projektowaniem oświetlenia i akcesoriów wystroju wnętrz. Głównym założeniem firmy jest działanie w sposób odpowiedzialny wobec środowiska naturalnego.

 

kafti

 

 

Beton działa w Warszawie od 2007 r. i składa się z dwojga architektów: Marty i Lecha Rowińskich. Duet zajmuje się architekturą, designem, scenografią teatralną, grafiką użytkową, typografią, animacją, a nawet projektowaniem ubrań. Na swoim koncie ma między innymi kilkanaście projektów scenicznych dla niezależnych warszawskich teatrów, projekty mebli i innych obiektów przestrzennych, oraz kilka realizacji oprawy muzycznej do filmów pełnometrażowych.

beton

 



czwartek, 03 listopada 2011

Medialne losy muzyki popularnej wczoraj i dziś, to dwie zupełnie różne historie...

 

Dawno temu, kiedy popkultura była jeszcze młoda, muzyka rodząca się głównie w gettach wielkich miast, na przedmieściach i ulicach miała tak dużą moc i siłę przebicia, że to ona tworzyła trendy i kreowała kulturę wpływając na media, które nie miały innego wyjścia jak tylko oferować odbiorcom to czego oni oczekiwali i to co im się podobało. Ogromny popyt na muzykę sprawił, że telewizja zaczęła tworzyć programy muzyczne.

 

Dziś mamy sytuację odwróconą o 180 stopni - to telewizja tworzy popyt. Nastąpił wysyp sztucznych tworów (X-factor, Idol, Bitwa na głosy, Must be the music, Voice of Poland) rodzących sztuczną muzykę . Fabrykowane programy muzyczne nie są odpowiedzią na potrzeby społeczeństwa - one je kreują. Gdzie w tym wszystkim jest autentyczna muzyka - nie wiem, ale podejrzewam, że nie ma jej tam wcale. Warto więc - choćby wirtualnie  - wrócić do czasów, kiedy muzyka młodzieżowa się rodziła, a świat i media wyglądały trochę inaczej..

 

 

 


 

 

totp logo

 

 

Top of the Pops - to program-legenda. Wystartował na antenie BBC w noworoczną środę, 1 stycznia 1964 r. kiedy to prezenter Jimmy Savile ogłosił "It's no. 1, it's top of the pops!."  W tym pierwszym programie wystąpili m.in. Rolling Stonesi i Dusty Springfield. W ciągu półgodzinnego show prezentowano zestawienie najlepiej sprzedających się w danym tygodniu singli i przeplatano je występami (z playbacku i półplaybacku) obecnych w tym zestawieniu artystów, które odbywały się w studiu telewizyjnym wypełnionym publicznością. Artystów dobierano według klucza: prezentowane piosenki musiały iść w górę listy, nigdy też żaden utwór nie był prezentowany więcej niż w jednym odcinku. Show spotkał się z tak dobrym przyjęciem, że mimo iż zaplanowany był tylko na sześć odcinków, trafił na stałe do ramówki na następne 42 lata i dotrwał do XXI stulecia, stając się swoistą ikona kulturową.

 

Trudno zliczyć, ilu artystów wystąpiło w ponad dwóch tysiącach odcinków. W okresie świetności programu, który przypadł na połowę lat 70-tych, co tydzień przed telewizorami siadało ponad 15 milionów widzów. Top of the Pops stał się wyznacznikiem mody i kreował kolejne gwiazdy popularnych nurtów muzycznych. Występować w nim chcieli wszyscy: popowe gwiazdki i aspirujący artyści niezależni. W roli prowadzących program przewinęły się dziesiątki znanych dziennikarzy, znani sportowcy, aktorzy, komicy, modelki i sami artyści.

 

W 2006 r. po śmierci twórcy show, Johnny'ego Stewarta program zdjęto z anteny. BBC uznała, że formuła nie jest atrakcyjna dla współczesnego widza a nagrania z archiwów zaczęto ...niszczyć. Brytyjscy artyści co roku domagają się powrotu programu na antenę - niestety bezskutecznie.

  



 


 

 

 

 

 

American Bandstand to będący swego czasu wielkim hitem w USA, program emitowany w latach 1952-1989. Jego prowadzącym, a także producentem był Dick Clark. Pomysł na program był prosty aczkolwiek przełomowy: podczas emisji show pokazywano tańczącą młodzież w rytm przebojów z TOP 40 czyli listy najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się piosenek przemysłu muzycznego. W programie swoje chwile chwały przeżyło mnóstwo wielkich artystów: od Jerry'ego Lee Lewisa do Run DMC. Był to pierwszy tego typu program, który zainspirował kilka lat później powstanie opisanego wyżej angielskiego Top of the Pops czy Soul Train (o którym niżej). Niektórzy uważają, że to właśnie temu programowi zawdzięczamy rozwój teledysków.

 

Mało dziś znanym, acz znaczącym dla polskiej muzyki faktem jest, że w 1985 r. w American Bandstand wystąpił nasz rodzimy Lady Pank. Zespół wystąpił tam w odcinku, w którym na scenie pojawiła się też Sheena Easton i  Los Lobos. Lady Pank zagrali dwie piosenki: "Minus Zero" czyli "Mniej niż zero" i "Hero" czyli "Zamki na piasku".

 

Z innych ciekawostek o programie: American Bandstand stał się kanwą kręconego w latach 2002-2005, fabularnego serialu młodzieżowego pt. "American Dream", którego akcja dzieje się w  latach 60-tych ubiegłego stulecia (w każdym odcinku przypominane są występy muzyczne, które miały miejsce w rzeczywistości w programie).

  

 

 


 

 

soul train logo

 

 

Soul Train był amerykańskim programem telewizyjnym prowadzonym przez człowieka zwanego Don Corneliusem (dziś jest to postać legendarna). Show, emitowany w latach 1971-2006, cieszył się ogromną popularnością. Prezentowano w nim głównie występy artystów soulowych, R&B i hip-hopowych, ale także funkowych, jazzowych, disco i gospel. Żaden inny program poza Soul Train nie gościł wszystkich największych muzyków i artystów ery soulu, funku oraz r'n'b (jak Aretha Franklin, Sly Stone, Rolling Stones, James Brown, The Jacksons Five). Pierwszy raper, którego pokazano w ogólnokrajowej telewizji amerykańskiej pojawił się właśnie w tym programie (był nim Kurtis Blow). To tutaj na parkiecie tanecznym wśród roztańczonych osób słuchających występów gwiazd, rozpoczynały swoje kariery takie postaci jak Rosie Perez, Carmen Electra, Nick Cannon czy MC Hammer. Taniec był nieodłączną częścią każdego odcinka. Bez tego programu taneczna kultura klubowa nie byłaby taka sama... Program spopularyzował klika typów tańca, których echa są widoczne w kulturze młodzieżowej do dziś (wacking, punking, poseing, popping czy locking).

 

 

 


 

ready steady go logo

 

 

Ready Steady Go! był pierwszym angielskim (powstałym jeszcze przed hitowym Top of the Pops) programem popowo-rockowym. Ukazywał się w latach 1963-1966. Jego prowadzącymi byli Keith Fordyce i Cathy McGowan. To w tym programie można było usłyszeć wczesnych The Beatles czy The Rolling Stones. Także tutaj, po raz pierwszy w brytyjskiej telewizji pojawił się Jimi Hendrix. Program reklamowany był hasłem Tutaj zaczyna się weekend! i emitowano go w piątkowe wieczory. Atrakcją pierwszego odcinka był, pamiętany dziś przez niewielu, specjalista od patetycznych ballad - Billy Fury (dzięki wiecznie skrzywionej minie, przypominający trochę z wyglądu innego, bardziej współczesnego nam Billy'ego - Idola). Sukces programu doprowadził do powstania w 1964 r. czasopisma Ready Steady Go oraz siostrzanego programu Ready Steady Win!, poszukującego świeżych, popowych talentów.

 

Ostatni program pod nieco zmienionym tytułem Ready Steady Goes Live! wyemitowano 23 grudnia 1966 r.  Wśród gości finałowego odcinka byli m. in. Mick Jagger, Eric Burdon i grupa The Who. Producent show Elkan Allan, tak tłumaczył na łamach pisma Billboard powód zakończenia emisji programu: wolę zdjąć program w glorii chwały niż pozwolić, by fani odeszli pierwsi.

 

 

 


 



Musikladen był najbardziej cenionym show muzycznym z kontynentu. Emitowany w latach 1972-1984 przez pierwszy program państwowej telewizji zachodnioniemieckiej ARD, był kontynuacją pierwszego muzycznego programu telewizyjnego w RFN Beat Club (emitowanego w latach 1965-1972 przez tego samego nadawcę).  Musikladen, tak jak programy amerykańskie czy brytyjskie, również opierał się na formacie koncertów w telewizyjnym studio z udziałem publiczności. W programie wystąpili wiodący światowi wykonawcy muzyki pop-rock, okazjonalnie także folku, bluesa i jazzu (m.in. ABBA, Kim Wilde, The Ramones, Motörhead, Shakin Stevens, Neil Young). Polskim akcentem w historii Musikladen był występ w październiku 1979 r. zespołu 2 plus 1 z utworem Easy Come, Easy Go.

 

 

 

 


 

 

Z innych programów tego typu, warte wymieniania są jeszcze Scene At 6:30 Thank Your Lucky Stars, czy prekursorski aczkolwiek nie do końca muzyczny - bardziej rozrywkowy, Toast of the Town przekształcony później w The Ed Sullivan Show. Nie należy chyba także zapominać o naszej przaśnej i mocno cenzurowanej Telewizyjnej Giełdzie Piosenki, która w latach sześćdziesiątych, cieszyła się w Polsce sporą popularnością.

środa, 02 listopada 2011

Dziś notka o reklamach nietypowych, bo o takich, które nie sprzedają ....a przynajmniej nie robią tego bezpośrednio, jak spoty na których uśmiechnięta pani na tle pralki poleca rewelacyjny proszek do prania, lub szczęśliwa rodzinka zajada serek z rzodkiewką zerwaną prosto z grządki.

 

Istnieje pewien rodzaj reklam, które nie namawiają wprost do kupowania produktów, ale mają inne cele (które w rezultacie i tak prowadzą do sprzedaży ale robią to, w sposób trochę bardziej sprytny i inteligentny, żeby nie powiedzieć wyrafinowany). Niewielu zleceniodawców się na nie decyduje bo "sprzedaż niebezpośrednia" jeszcze z trudem mieści się niektórym w głowach i kojarzy ze stratą pieniędzy, ale według ekspertów, zbudowanie emocjonalnej więzi z konsumentem, bo o tym aspekcie reklam będzie tutaj mowa, to wartość wyjątkowo cenna, która ma w sobie ogromny potencjał, mogący zbudować markę od podstaw, a nawet podnieść ją z gruzów (co jest zadaniem o wiele trudniejszym), w które popadła w taki czy inny sposób. Takiej mocy nie ma nawet najlepszy produkt, który sprzedawany bezpośrednio przez uśmiechniętych ludzi, nie odbuduje zaufania do nadszarpniętego dobrego imienia firmy - bo aby to zrobić, potrzebna jest emocjonalna relacja z klientem, której nie zapewni pokazanie różowego sweterka skąpanego w różowym płynie do zmiękczania...

 

Dystans do siebie, dowcip i zaskoczenie to cechy, jakimi charakteryzują się reklamy, w których klienci się zakochują. Dzięki temu, pozytywnie postrzegają marki i przekonują się do oferowanych przez nie usług. Jeszcze kilka lat temu dawało się słyszeć opinie niektórych ekspertów, którzy o takich reklamach wypowiadali się w ambiwalentnym tonie, twierdząc, że spoty o wysokich walorach rozrywkowych czy artystycznych niekoniecznie są dobrymi reklamami bo zwyczajnie nie spełniają swoich funkcji, przyćmiewając reklamowany produkt, który w rezultacie schodzi na dalszy plan. Dziś rynek i konsumenci zmienili się na tyle, że doceniają firmy, które potrafią wzbudzić pozytywne emocje. Być może sprawił to przesyt sztampowymi reklamami "akwizycyjnymi" sprzedającymi bezpośrednio produkty, których każdy ma już po dziurki w nosie, i - jak mówi jeden z bohaterów poniższych reklam -  frankly, they don't give a damn.

 

Dzięki takiemu podejściu odbiorców, coraz więcej polskich firm przekonuje się do działań wzbudzających pozytywne więzi z markami - takie poczynania procentują, być może nie od razu a na ich skutki potrzeba poczekać, ale zbudowanie dobrych relacji z odbiorcami to walor, który coraz bardziej zyskuje na wartości na naszym trudnym, reklamowym rynku.

 

Poniżej kilka reklam z polskiego rynku, wykorzystujących ten sam schemat oparty na animowanych postaciach. Każda z nich opiera się na jednym mechanizmie: przeniesieniu sympatii, jaką budzą takie postacie, na zainteresowanie marką. Z takimi bohaterami, którzy personifikują markę łatwiej nawiązać relacje i zaangażować się w ich perypetie, zwłaszcza jeśli przedstawiane one są widzom w odcinkach, niczym seriale które ostatnio przeżywają swój renesans.

 

 


 

 

Filmowe duety, które reklamowały parówki Berlinki to dzieło agencji reklamowej G7. Z tego co udało mi się zaobserwować pojawiły się tylko dwa spoty z tej serii (parodiujące "Przeminęło z wiatrem" i "Pulp Fiction) w 2010 roku - a szkoda bo rok temu jeszcze oglądałam telewizję i naprawdę czekałam na kolejne odsłony "filmowych" Berlinek....

 

 

 

Serce (Jarosław Boberek) i Rozum (Michał Sitarski) to dziś już postaci kultowe. Dzięki tym sympatycznym osobnikom, agencji reklamowej Publicis udało sie zrobić coś co wydawało się niemożliwe - ludzie przekonali się do wyjątkowo nielubianego w Polsce usługodawcy, który przed wprowdzeniem na rynek Serca i Rozumu miał wybitne wręcz zasługi PR-owe: zdążył zniechęcić do siebie prawie wszystkich. Dwie animowane postaci dokonały dzieła niebywałego: sprawiły, że ludzie nie tylko nie odwrócili się do końca od TP SA, ale zaczęli wręcz walić do firmy drzwiami i oknami.

 

 

 

Bardzo rozgadane, animowane produkty Biedronki to kolejne dzieło agencji Publicis. Niespecjalnie szanowany (z wielu powodów) dyskont "kupił" sobie publikę dzięki doskonale rozpisanym dialogom, świetnej realizacji i dobremu pomysłowi.

 

 



 

Krystyna i Henryk to rysunkowe postacie zwane Ekspertami Tesco, dobrze znane z reklam wykreowanych przez agencję PZL (należacej do branżowych guru: Konstantego Przybory i Iwo Zaniewskiego, o których pisałam kiedyś w osobnej notce), która jest również autorem pomysłu na tą typową/nietypową parkę.

 

Jednak ostatnio w sieci pojawiła się reklama wirusowa z PZL-owymi bohaterami (Krystyna, której tu nie widać, podobno stoi za kamerą), którą stworzyła inna agencja - Pride & Glory z Krakowa. Grzechem (nomen omen ;) ) byłoby nie przytoczyć tu tego spotu, który ostatnio zrobił taką furorę w sieci, dzięki sprytnemu wykorzystaniu mema stworzonego przez nieocenionego księdza Natanka.

 

 

 

"Funailepsza gwarancja" to kolejna animowana reklama agencji PZL. Pani "sklepowa" pytająca czy może być winna grosika ma jakiś tam potencjał na zostanie postacią kultową, aczkolwiek wydaje mi się, że nie jest to duża szansa, bo czegoś w tej reklamie brakuje... Może świeżości i lekkości poprzedników? A może to przez natłok informacji i słabe copy? Nie wiem, w każdym razie brak tu polotu.

 

wtorek, 01 listopada 2011

 

"Moje życie nie jest na sprzedaż"


Ewa Krzyżewska (1939-2003) - piękna aktorka, którą zawsze otaczała tajemnica. Jej znajomi wspominają, że zawsze niewiele mówiła o sobie, zdecydowanie bardziej wolała słuchać. Moje życie nie jest na sprzedaż - mówiła. Nie lubiła wywiadów, błysków fleszy, kamer. Znawcy kina twierdzą, że gdyby urodziła się gdzie indziej, byłaby międzynarodową gwiazda. Porównywano ja z największymi aktorkami światowego kina: Avą Gardner i Audrey Hepburn.

 

Jeszcze w trakcie trwania studiów, pracując na planie filmu "Kalosze szczęścia" została dostrzeżona przez Janusza Morgensterna, asystenta Andrzeja Wajdy i zaangażowana do roli Krystyny Rozbickiej w "Popiele i diamencie", gdzie partnerowała Zbyszkowi Cybulskiemu. W latach 1962-67 była aktorką warszawskiego Teatru Dramatycznego. Oprócz roli w "Popiele i diamencie" pamiętamy ją jeszcze z "Faraona", "Zbrodniarza i panny" (również z Cybulskim) czy z "Dzięcioła", który był jednym z jej ostatnich filmów. W 1973 r. wycofała się z życia artystycznego i wyjechała z kraju.  Mieszkała w wielu krajach: Syrii, Jordanii, Kenii, Libii, Malezji, Tanzanii. Pracowała m.in. w bibliotece ONZ w Nowym Jorku. Zginęła w 2003 r. w wypadku samochodowym w Hiszpanii, gdzie mieszkała z mężem.



 


 

"A co byś zrobił, gdybym zaginęła?"


Teresa Tuszyńska (1942-1997) – na ekrany trafiła w wieku 16 lat jako laureatka zorganizowanego w 1958 r. przez tygodnik Przekrój konkursu "Film szuka młodych aktorek'. Pochodziła z robotniczej rodziny, nigdy nie zdobyła formalnego wykształcenia aktorskiego i grała jako amatorka, mimo to do historii polskiego kina lat 60-tych przeszły jej role w filmach Do widzenia, do jutra, Tarpany, Rozwodów nie będzie, Cała naprzód i Poczmistrz. Wystąpiła również w głównych rolach niewyświetlanych w Polsce czechosłowackich filmów Kieszonkowcy i Praskie noce. Na początku lat 60-tych była najpopularniejszą modelką Mody Polskiej.

 

W 1963 r. zdjęcie Teresy pojawiło się na okładce amerykańskiego pisma Show, opiniotwórczego magazynu poświęconego sztuce. Napisano o niej: "Teresa Tuszyńska, lat 21 - najbardziej zachodnia i najbardziej utalentowana z polskich gwiazd filmowych". Po brawurowej roli w Do widzenia, do jutra, miała również propozycje filmowe z Francji...

 

Jednak Tuszyńska w filmie pojawiła się tylko na kilka lat, a potem zniknęła. Tak samo z byciem modelką: objawiła się na pokazach, na których robiła furorę, a następnie zrezygnowała z paradowania po wybiegach świata. Jej kariera była jedną z najlepiej zapowiadających się w polskim kinie - Teresa ją zaprzepaściła...  Na niczym jej nie zależało, życie traktowała z lekceważącą lekkością.

 

Młodą dziewczynę szybko pochłonęło zachwycone nią środowisko filmowców, jazzmanów, reżyserów itp., Bywała na bankietach, środowiskowych wyjazdach i imprezach. Szybko pojawił się również problem z alkoholem. Ostatnie lata swojego życia spędziła całkowicie zapomniana. Popadła w alkoholizm i nie utrzymywała praktycznie żadnych kontaktów z ludźmi.



 


  

 "Nic do mnie nie mów" 


Zofia Marcinkowska (1940-1963) - nie zdążyła zbyt wiele zagrać, ale znakomitą rolą w "Nikt nie woła" Kazimierza Kutza, zyskała sobie aktorską nieśmiertelność. W wieku 23 lat popełniła samobójstwo, odkręcając gaz. Krążyły plotki, że powodem był nieszczęśliwy związek z aktorem Zbigniewem Wójcikiem. Gdy ten pewnego dnia przyszedł pijany i próbował ją uderzyć, popchnęła go, a on uderzył głową w kant zlewozmywaka. Myślała, że go zabiła, więc napisała list i odkręciła kurki. Umarła wcześniej od niego. 

 

Poza tym, niewiele wiadomo o pięknej i eterycznej aktorce. Kazimierz Kutz tak wspomina pracę z nią na planie "Nikt nie woła": 

 

"Była naturalnie piękna, ale na potrzeby filmu dodatkowo wymyśliliśmy ją, wyciągnęliśmy z niej wszystko, co było potrzebne. Wykreowaliśmy ją. Widziałem, że z nią jest coś nie tak: jakby przeżywała na planie prawdziwą miłość. Ale byłem zadowolony. Promieniowała jakąś niezwykłą energią; to mi było potrzebne.

 "Podczas przerw w kręceniu zapadała w letarg. - Nic do mnie nie mów - mówiła, kładła palec na wargach i patrzyła gdzieś w niebo."

 

 


 

 

"Nie otwieraj oczu ....bo pokazało się słońce"

 

Teresa Iżewska (1933-1982) - najbardziej zapadła w pamięć widzów jako Stokrotka z pierwszego swojego filmu jakim był Kanał z 1957 r. w reżyserii Andrzeja Wajdy  Za tą rolę otrzymała nominację do nagrody BAFTA za najlepszy debiut filmowy. Dzięki roli Stokrotki, Iżewska stała się nie tylko gwiazdą, ale ulubienicą całego narodu. Popadła w niełaskę władz, kiedy opowiedziała w jednym z wywiadów dla francuskiej prasy o swoich niewielkich zarobkach, jako aktorki. Kiedy tę wypowiedź opublikowano, Iżewska za karę otrzymała, wydany przez komunistyczne władze, zakaz wyjazdu z Polski.

 

Aktorka zagrała także w m.in. "Bazie ludzi umarłych", "Rozwodów nie będzie", "Podróży za jeden uśmiech" czy "Odwecie". Była też współautorką sztuki "Tylko dziewięćdziesiąt dziewięć." Zmarła prawdopodobnie na raka.



 

 


  


Anna Szczepaniak (1951-1979) - występowała głównie w teatrach: Teatrze Polskim i Teatrze Syrena. Widzowie zapamiętali ją z roli Wieśki w serialu "Daleko od szosy." Zagrała także w "Polskich drogach" i w "Życiu na gorąco." Przez znajomych nazywana była Blanką,

Popełniła samobójstwo (wyskakując z okna) po tym jak aktor z którym była związana - Andrzej Antkowiak, zmarł w wyniku operacji tętniaka mózgu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

"Bo we mnie jest seks"

 

Kalina Jedrusik (1931-1991) - była nostalgiczną jesienną dziewczyną śpiewającą w Kabarecie Starszych Panów,  lubieżną Lucy Zuckerową z "Ziemi obiecanej" i peerelowskim symbolem seksu, który usunął z telewizji ponoć sam  Władysław Gomułka (podobno I sekretarz rozbił telewizor, kiedy zobaczył jej omdlewające spojrzenie na ekranie). Jej mąż, pisarz Stanisław Dygat kreował ją na polską Marilyn Monroe (niektórzy pewnie pamiętają jak Jędrusik podczas uroczystości barbórkowych śpiewała "Bye, Bye, Baby"), z którą Jędrusik mocno się identyfikowała.

 

Ogromną popularność przyniósł Kalinie Jędrusik udział w programach telewizyjnych Kabaretu Starszych Panów oraz kreacje filmowe, m.in. w "Lekarstwie na miłość", "Jowicie" czy "Ziemie obiecanej". W plebiscycie na najlepszą aktorkę w historii polskiego filmu, zorganizowanym w 1996 r. przez redakcję pisma "Film" z okazji 100-lecia kina, zajęła trzecie miejsce. W 1976 r. występowała w duetach z Violettą Villas, głównie w Stanach Zjednoczonych. 

 

Kalina Jędrusik była wielką miłośniczką kotów, którymi opiekowała się w swoim mieszkaniu na Żoliborzu. Zmarła wskutek ataku astmy, na tle uczulenia na sierść kota.

 

Powstały dwa filmy telewizyjne o aktorce: "Kalina" Jana Sosińskiego (jest to monolog aktorki ułożony z fragmentów dwóch wywiadów), oraz "Nie odchodź" Tadeusza Pawłowicza - gdzie reżyser przytacza dwanaście wspomnień o aktorce, opowieści osób, które ją bliżej znały. W 1994 r. została wydana książka Piotra Gacka "Kalina Jędrusik. Muzykalność na życie".


 


 

 


Barbara Kwiatkowska-Lass (1940-1995) - popularność zdobyła rolą Ewy w komedii Tadeusza Chmielewskiego "Ewa chce spać" (1957). Tę rolę aktorka otrzymała dzięki zwycięstwu w konkursie tygodnika "Film" przeprowadzonym pod hasłem: "Piękne dziewczyny na ekrany". Kwiatkowska okazała się samorodnym talentem. Potem, choć nigdy nie skończyła szkoły aktorskiej, grała nieustannie. Po kilku filmach nakręconych w Polsce ("Dwaj ludzie z szafą", 'Pan Anatol szuka miliona", "Zezowate szczęście", "Jowita") rozpoczęła karierę za granicą. Lata 70-te spędziła m.in. we Francji,  Niemczech i Austrii. Podczas stanu wojennego pomagała w organizacji wysyłki darów dla Polski. Współpracowała z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa. Była jednym z założycieli Stowarzyszenia na Rzecz Porozumienia Niemiecko-Polskiego. 


Zmarła nagle na wylew krwi do mózgu, podczas koncertu legendy muzyki swingowej Ala Porcino.

 

 

 


 

 

 

Barbara Kosmal (1973- 1993) - modelka i przyszła aktorka (miała zagrać Helenę Kurcewiczównę w "Ogniem i mieczem"), córka Barbary Brylskiej. Jako aktorka zadebiutowała w "Motywie cienia" Jerzego Skolimowskiego. Zginęła w wypadku samochodowym, gdy podróżowała ze swoim narzeczonym, Xawerym Żuławskim. 


O jej krótkim życiu powstał film dokumentalny pt. "Basia" (1993 r.) w reżyserii Luizy Jesipowicz, w którym Basię oprócz matki wspominają także Jerzy Skolimowski, Jerzy Hoffman i Wojtek Krzywkowski.