DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

piątek, 31 grudnia 2010

Zodiak, najprościej mówiąc, jest to sfera po obu stronach ekliptyki podzielona na dwanaście gwiazdozdbiorów, nazywanych znakami zodiaku. Astrologia poszczególne znaki podporządkowała różnym formom życia, określonym charakterom bądź typom człowieka.

 

W grudniowym numerze tegorocznego brytyjskiego Vogue'a znaki zodiaku wykorzystał Tim Gutt, który sfotografował norweską modelkę Siri Tollerod w przebraniu dwunastu astrologicznych znaków. Bajkowa, poetycka sesja przenosi nas w inny świat...

 

Co nas zatem czeka w roku 2011 według "przepowiedni" Vogue'a? Wodniki będą w swoim żywiole, Barany nie muszą obawiać sie mrozu, Raki zamkną się w sobie a Strzelce będą bujać w obłokach. ;)

 

Siri Tollerod tim gutt

czwartek, 30 grudnia 2010

lynsie roberts

 

 

Lynsie Roberts to młoda kanadyjska fotografka mody, o której tak naprawdę niewiele wiadomo poza tym, że kocha miłość, marzenia i kino.


Wiadomo również to, że jej unikalny styl fotografii i spojrzenie na kobiety zasługują na uwagę. Słodki stylowy romantyzm i narracja fotografii nacechowana idealizmem to jej główne wyróżniki.

 

 

lynsie roberts

 

lynsie roberts

lynsie roberts

Ten kto myśli, że bluegrass to muzyka amerykańskich bezzębnych, brodatych rednecków o dziwnym akcencie ma rację. To styl muzyki wywodzący się w prostej linii z country, powstały w latach 50-tych ubiegłego wieku. Stolicą tego stylu był stan Kentucky.

 

 

Jednak ten komu się wydaje, że to tylko wiejska muzyka wspomnianych wcześniej panów (czasami tez elegancko określanych mianem "hillbillys"), która powstała do przytupu na potańcówkach, niczym chociażby nasze disco-polo, myli sie sromotnie bo za bluegrassem kryje się coś więcej.

 

Bluegrass mimo, że oparty na country ma korzenie w muzyce szkockiej, walijskiej i irlandzkiej. Krótko mówiąc czerpie inspiracje z muzyki brytyjskich emigrantów, którzy niegdyś trafili w rejony amerykańskich Apallachów. Muzykę tę wzbogacają wirtuozerskie improwizacje. Takie instrumenty jak banjo, mandolina, fiddle (ludowe skrzypce) czy kontrabas są tu na porządku dziennym, a sposób gry muzyków przypomina niektóre formy jazzu, gdzie instrumenty "rozmawiają ze sobą" grając na przemian soczyste solówki, podczas gdy inne im akompaniują w tle - przekształacając się w swoiste jam sessions. Charakterystyczne są tu też improwizowane przyśpiewki, rozmowy i śmiech podczas muzykowania.

 

 

 

Bluegrass przyczynił się do rozwoju technik grania na mandolinie, banjo i gitarze. Dziś wiele dzieł tej muzyki jest nie do odtworzenia przez większość instrumentalistów, ponieważ muzycy blugrassowi brali sobie za punkt honoru odgrywanie swoich partii solowych tak, aby nikt nie mógł ich powtórzyć. Do utworów wprowadzano więc szybkie tempo i karkołomne techniki grania. Z tego względu trwały one z reguły niespełna kilkadziesiąt sekund aby uniknąć zmęczenia palców. Lawina dźwięków potęgowana przez najgłośniejsze bandżo jest najbardziej słyszalną cechą bluegrassu.

 

Kolejną charakterystyczną właściwością bluegrassu jest wymyślny schemat aranżacyjny: utwory są tu naszpikowane grą solową na przemian z chórkiem, śpiewem indywidualnym każdego muzyka po czym kończą się na wspólnym finale.

 

W rozwoju tego stylu miał też swój udział Elvis Presley, który nagrał piosenkę "Blue Moon of Kentucky" (1954 r.):

 

 

 

Popkultura również nie gardziła blugrassem. Najbarwniejszym przykładem jest tu genialny film braci Coen pt. O Brother, Where Art Thou? ("Bracie, gdzie jesteś?")


Soundtrack z filmu nagrodzono pięcioma nagrodami Grammy. Zaowocował on wyprzedaną na pniu trasą koncertową oraz wzrostem popularności bluegrassu, gospel i bluesa.

 

 

 

A tu fragment chyba już klasyka z lat 70-tych. Film pt. Deliverance ("Uwolnienie") z przyszłą gwardią gwiazd męskiego kina obfituje w przemoc, mnóstwo krajobrazów Apallachów i ciekawy wątek muzyczny (warto wytrwać do końca):

 

 

 

Wydawałoby się, że bluegrass to dziś muzyka już nieco archaiczna, jednak nic bardziej mylnego. Aktualnie styl ten przyżywa swoje małe odrodzenie dzięki popularności, jaką przysporzyły mu współczesne aranżacje znanych przebojów muzyki pop i rock.

 

Początek ponownemu odkrywaniu tego gatunku dała formacja Hayseed Dixie, nagrywając w roku 2001 płytę Tribute to AC/DC. Płyta sprzedała się w nakładzie 200 000 egzemplarzy, otwierając drogę bluegrassowi na komercyjny rynek muzyczny w USA. Następnie zespoł wziął na warsztat hity takich wykonawców jak: Elvis Presley, The Beatles, Kiss, Led Zeppelin, Aerosmith, Metallica, Black Sabbath, Neil Young, Motörhead oraz AC/DC.

Covery Hayseed Dixie porywają poczuciem humoru, świetnymi aranżami i energią:

 

 

 

 

Bluegrassowi nie daje również zginąć angielska formacja o nazwie Mumford & Sons, której członkowie zostali ochrzczeni mianem brytyjskich blugrassowych rockersów.

Frontman Marcus Mumford przyznaje, że zespół chętnie czerpie ze starych blugrassowych inspiracji. Taka strategia przynosi efekty bo ta dosć młoda grupa (założona w 2007 r. z debiutem fonograficznym w roku 2009) ma na swoim koncie całe mnóstwo nagród muzycznych i nominacji (w tym dwie do Grammy).

Zespołem zachwycał się również prestiżowy magazyn Spin, określając ich muzykę jako nietypową mieszankę, której przemysł muzyczny dotąd nie widział. To prawda: chłopaki wnieśli do współczesnej muzyki rozrywkowej świeżość, a ich muzyka nasączona blugrassem ma więcej pasji i energii niż dźwięki wydawane przez niejeden band, w którym główną rolę gra gitara elektryczna.

 

środa, 29 grudnia 2010

love actually

 

W filmie "To właśnie miłość" jest mnóstwo ciekawych wnętrz. Właściwie każdy z bohaterów posiada dom lub apartament zasługujący na opisanie (sztab scenografów odwalił kawał dobrej roboty) ale mnie od pierwszego wejrzenia zachwyciło mieszkanie Daniela, architekta i wdowca, którego z duzym wdziękiem gra Liam Neeson.

 

Jego mieszkanie jest jasne i przestronne. Dominują w nim białe ściany, białe meble i jasne podłogi co nadaje całości skandynawskiego charakteru. Prostota nowoczesnych mebli dobrze komponuje się z dużą ilością bibelotów i detali (jak np. napis wiszący na ścianie), które wypełniają wnętrze. To sprawia, że mimo ogromnej ilości obrazków, książek itp. które dzięki tej wszechogarniającej bieli wysuwają się na pierwszy plan, w mieszkaniu nie ma chaosu - jest za to harmonia i piękna nienapuszona elegancja. Książki jak widać uszlachetniają, nie tylko wnętrza ludzi ale też wnętrza ich mieszkań.

 

love actually liam neeson

czwartek, 23 grudnia 2010

Kiedy Bill Nighy wyśpiewuje te gnijące odchody (lub 'gówniane nagranie' - w zależności od tłumaczenia ;) ) wujka Billy'ego, w które na siłę wciśnięto dodatkową sylabę w czwartej linijce, słucham tego i naprawdę rozkoszuję się tym totalnym badziewiem... Kocham "Love Actually", a Billa Nighy wręcz ubóstwiam!

 

So if you really love Christmas,
C'mon and let it snow!

 

 

 

Dziś wpis designerski, ale już w klimacie świątecznym. Zainspirował mnie do niego pewien właściciel czerwonego nosa, który jest jednym z niekwestionowanych popkulturowych bohaterów nadchodzących dni.

 

Poroża wszelkiej rogacizny wpisały się już na dobre jako motyw we współczesnym designie. Jeszcze niedawno wieszanie takiej ozdoby było w bardzo złym tonie, bo kojarzyło się głównie z dworkiem szlacheckim, domkiem myśliwskim czy w najgorszym przypadku, z kiczem PRLu. Dziś te kształty inspirują projektantów i przeżywają drugą młodość.

 

Współczesny design "rogowy" jest kolorowy, a samym rogom wykonywanych z przedziwnych materiałów nadaje się różne funkcje. Pojawiają się one nie tylko na ścianach, ale również jako wszelakie akcesoria wyposażenia wnętrz. Wśród wzornictwa inspirowanego porożem znajdziemy m.in. wieszaki, akcesoria biurowe, lustra, naklejki ścienne, lampy czy krzesła. Wszystkie te przedmioty są zabawne i oryginalne.

 

Designerzy potrafią bawić się konwencją i proponują abyśmy siermiężną klasykę potraktowali lekko i z przymrużeniem oka. Nasze wnętrza mogą tylko na tym zyskać.

 

 

horns design

środa, 22 grudnia 2010

Patrząc z perspektywy czasu na historię animacji widzimy jak wielu artystów pozostawiło w niej swój ślad. Jednak w grupie tej znajdują się nieliczni, których styl powszechnie jest uznawany za świeży i odkrywczy - jednym z takich artystów jest Terry Gilliam.

 

terry gilliam

 


 

 

Gilliam to dziś ceniony reżyser, znany z bogatej wyobraźni, niezwykłej wrażliwości i plastycznego wysmakowania, które przelewa w swoje fantastyczne filmy utrzymane w klimacie realizmu magicznego.

Jego kunszt reżyserski opiera się na ciekawej i wyszukanej formie plastycznej, a ma to swoje źródło właśnie w animacji, którą artysta interesował się już od najmłodszych lat. To właśnie z tą dziedziną twóczości - razem z grafiką i ilustracją, wiążą się początki jego działalności.

 

Gilliam swoją karierę rozpoczynał od rysowania komiksów. Pracował dla amerykańskiego magazynu Help! gdzie redaktorem naczelnym był Harvey Kurtzman, uznawany za geniusza komiksu idol Gilliama i współtwórca legendarnego Mad Magazine. Po upadku Help! Terry przeniósł się do Europy, gdzie krótko pracował we francuskim komiksowym piśmie Pilote. Następnie po nieudanych epizodzie zawodowym, jakim była praca w agencji reklamowej trafił do Londynu, gdzie podjął pracę ilustratora. Jakiś czas później dostał pierwszą pracę w telewizji w programie dla dzieci "Do not adjust your set" ("Proszę nie regulować odbiorników"), do którego przygotowywał rysunki i czarno-białe animacje.

Był to okres przełomowy ponieważ tam poznał komików, którzy wkrótce stworzyli "Latający Cyrk Monty Pythona". Gilliam rozpoczął z nimi współpracę i to właśnie wśród nich rozwinął skrzydła.

 

 

terry gilliam graphic animations

 

 

Terry Gilliam został nadwornym rysownikiem kabaretu i odpowiadał za całą jego oprawę plastyczną. Wszystkie animacje będące nieodłączną częścią "Latającego Cyrku Monty Pythona" były jego autorstwa. Łączyły one skecze w całość oraz definiowały język wizualny grupy: ilustracje Gilliama pojawiały się na okładkach książek Cyrku, plakatach filmowych i czołówkach ich filmów pełnometrażowych.

 

Jego kolaże nie tylko doskonale uzupełniały skecze Cyrku, ale także nadawały nowych znaczeń humorowi kabaretu:

 

terry gilliam monty python

 

 

 

Surrealistyczne animacje i ilustracje Gilliama mają charakterystyczny styl. Często używał on zabiegu zaburzenia proporcji a swoją własną twórczość (cechującą się miękkim airbrushowym cieniowaniem oraz dziwnymi, obłymi kształtami) uwielbiał łączyć z wycinankami ze starych fotografii, głównie z epoki wiktoriańskiej.

Grafiki Gilliama pełne były wiktoriańskich elementów: niezwykłych maszynerii, części architektury czy postaci ludzi, jakby wyciętych ze starych katalogów Searsa. Artysta chętnie też posiłkował się znanymi dziełami sztuki, np. charakterystyczna, ikoniczna już stopa z czołówki Latającego Cyrku pochodzi z obrazu Agnolo Bronzino.

 

foot Monty Python agnol bronzino

An Allegory of Venus and Cupid, Agnolo Bronzino

 


terry gilliam giant foot

"wielka stopa" Monty Pythona

 

 

Styl animacji Gilliama wziął się poniekąd z braku ;) Z braku pieniędzy i braku czasu. Z powodu tych ograniczeń artysta często był zmuszony do pracy z materiałami już istniejącymi i gdzieś wyszperanymi. Były to głównie elemeny produkowanych wcześniej obrazów lub też fragmenty, wspomnianych już, starych czasopism i fotografii. Te składniki złożone w całość za pomocą animacji poklatkowej tworzyły filmy będące strumieniem świadomości autora i dały prawdziwy początek stylowi Gilliama.

 

Jego zdolność do ujmowania codziennych, zwykłych rzeczy i przekształcania ich w zaskakujące sytuacje sprawiła, że fabuły jego animacji często mogą się wydawać widzom dziwne, absurdalne i szokujące. Kto jednak patrzy uważnie, doceni mnogość detali, zauważy, że składają się one w jedną logiczną całość i dostrzeże, że to właśnie te szczegóły pomagają w opowiedzeniu dowcipu wyprowadzając go z oparów absurdu i stawiając kropkę nad "i". Geniusz Gilliama przejawia się także w tym, jak scenariuszowo rozgrywa sytuacje - w jego filmikach akcja często ewoluuje w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

 

Kolejnym znakiem szczególnym animacji Gilliama jest mocne skupienie się na makabrze. Częste wykorzystanie czaszek, potworów itp. sprawia, że widz doznaje uczucia pewnego niepokoju i dezorientacji, w efekcie nawet jeśli jego filmy wywołują wesołość to jest to śmiech dość nerwowy i podszyty niepewnością. To sprawia że jego twórczość intryguje i jednocześnie przyciąga.

 

 

 

 

 

 

 

 

O swojej pasji jaką jest animacja Terry Gilliam napisał w 1978 r. książkę pt. "Animations of Mortality". Ponownie wydano ją w 1996 r. już w postaci interaktywnego CD-romu, na którym zamieszczono również kilka nowych produkcji artysty.

 

W historii filmu jak i telewizji, pojawiło się tylko kilka osób, które były w stanie tak samo efektywnie pracować na tych dwóch różnych polach i na obydwu osiągać sukcesy. Terry Gilliam jest rzadko spotykaną indywidualnością, która włożyła wyraźny wkład w rozwój obydwu tych mediów. Mimo, że jakiś czas temu Gilliam nieco zdradził animację, właśnie dla hollywódzkich filmów długometrażowych to i w nich można dopatrzyć się dawnego stylu i wpływów jego starego sposobu pracy przy filmach animowanych.

 

 

Na koniec jeszcze dobra (o ile nie sensacyjna) informacja dla tych którzy nie tylko tęsknią za animacjami Gilliama ale i całą grupą Monty Pythona.

 

Terry i jego długoletni współpracownik Tim Ollive przymierzają się do realizacji nietypowego obrazu będącego połączeniem filmu kukiełkowego i tradycyjnej animacji oraz techniki CGI (Computer Generated Images). Gilliam będzie producentem obrazu, a Ollive reżyserem. Głosów bohaterom użyczą byli członkowie grupy Monty Pythona (!). Projekt nosi tytuł "1884" i będzie opowiadał o filmie SF realizowanym w 1848 roku wykorzystującym dopiero co odkrytą moc maszyn parowych. Będzie to szpiegowska historia rozgrywającą się w 1884 r. w czasie wojny, która ogarnia całą Europę. W tej futurystycznej scenerii twórcy pokażą nam latające maszyny i człowieka lądującego na Księżycu.

Obraz będzie wyglądał jak animacja, lecz w rzeczywistości będzie to film kukiełkowy z naniesionymi komputerowo głowami, w których umieszczone zostaną twarze oddzielnie nagranych aktorów. Całość utrzymana będzie w stylistyce steampunku.

 

Dla ciekawych tego jak film będzie wyglądał, świeżutkie zajawki zaprezentowane niedawno przez producentów:

 

 

 

 

Podsumowując należy zaakcentować, że unikalny styl Gilliama przeniknąl do popkultury. Jest widoczny w kampanich reklamowych, plakatach oraz twórczosci grafików i filmowców.

 

Poniżej teledysk zespołu The Hours:



 

 

A tu już ilustracja Paula Batemana, grafika zafascynowanego twórczością Gilliama:

 

PAUL BATEMAN

środa, 15 grudnia 2010

Nie napiszę chyba nic odkrywczego jak powiem, że rap to taka muzyka gdzie liczy się głównie przekaz. Nic dziwnego, skoro opiera się na rytmie i mówieniu ;) Główne nurty rapu eksploatują przede wszystkim dwa motywy, dzieląc rap na hedonistyczno-gangsterski i na ten zaangażowany społecznie.

Żaden z nich mnie nie interesuje, ale istnieje jeszcze trzeci nurt, który do mnie trafia. To tzw. psychorap, charakteryzujący się ciężkim, mrocznym, a nawet wręcz gotyckim klimatem. Wypowiadane słowa są tu artykułowane niezwykle emocjonalnie, często towarzyszą im jęki przypominające wycia dusz potępionych.

 

 

 

 

Na naszym polskim poletku styl ten, w czasie początkowej działalności, reprezentował Kaliber 44. Ich debiutancka, pełna mroku i dzikości płyta pt. "Księga Tajemnicza. Prolog" sporo namieszała na naszym rynku, wywarła silny wpływ na innych artystów znajdując rzesze naśladowców oraz złamała wiele schematów i granic - no i przede wszystkim złamała mnie ;)

 

 

 

A tutaj przedstawicielem psycho rapu jest MC Amnesia (przy okazji polecam całą parodystyczną twórczość Jona Lajoie - to jedyny komik, który ostatnio jest w stanie mnie rozśmieszyć.)

 

wtorek, 14 grudnia 2010

 

Pustka, szarość i beznadzieja - z polskiej sztuki początku lat 80-tych wyziera szaranagajama. Takie było wtedy życie, a artyści tworzący w okresie stanu wojennego pokazują je bez upiększeń. Rzeczywistość była brutalna a jednocześnie przaśna, zgrzebna i uboga – tak ekstremalne warunki przefiltrowane przez wrażliwe dusze artystów nie mogły zrodzić nic innego, niż przejmujący obraz tamtych smutnych realiów.

 

 

Najpełniejsze odbicie rzeczywistości stanu wojennego znajdziemy w obrazach Edwarda Dwurnika, laureata podziemnej Nagrody Kulturalnej „Solidarności” (1983 r.). Artysta jest autorem serii pejzaży miejskich z czołgami i zasiekami z drutu oraz wiele monumentalnych kompozycji, których bohaterami są ludzie ciężkiej pracy.

 

W latach 80-tych malarstwo Dwurnika było ekspresyjne i dramatyczne. Powstające w tej dekadzie obrazy miały wymowę polityczną i zawsze odnosiły się do ówczesnych spraw i realiów. Zarówno ideowe jak i malarskie walory tych prac przyniosły artyście uznanie w kraju i za granicą, czego wyrazem była prestiżowa nagroda Fundacji Coutts & Co w Zurychu.

 

 

dwurnik

 

 

Ryszard Woźniak to członek słynnej warszawskiej Gruppy - formacji artystycznej powstałej w 1983 r. i uznawanej za jedną z najciekawszych manifestacji twórczych w sztuce polskiej lat 80-tych. Artystów grupy łączył wspólny styl, inspirowany nurtami neoekspresjonizmu oraz tematyka, w której nawiązywali do warunków życia społeczeństwa w okresie stanu wojennego.

 

Woźniak w swoich obrazach prezentował prymitywny świat pełen absurdalnych zdarzeń gdzie, jak w krzywym zwierciadle, odbijała się ludzka codzienność, lęki, frustracje i przemoc. Wczesne malarskie prace Woźniaka z początku lat 80-tych odznaczały się największą w gronie Gruppy różnorodnością formy i tematyki. Od 1984 r. tworzył on kompozycje o ograniczonej skali barwnej, malowane rzadką, cieknącą farbą. Wtedy też rozwinął malarstwo symboliczno-metaforyczne, eksponując na obrazach gesty - walki, pojednania, błogosławieństwa. W póżniejszych latach 80-tych Woźniaka zdominował ekspresjonizm. Powstałe w tym czasie obrazy odznaczają się bogatą fakturą wynikającą ze spontanicznego sposobu malowania oraz ostrą kolorystyką.

 

Kolory były cechą wyrózniającą artystów Gruppy. Był to z ich strony bunt przeciwko szarości lat 80-tych, ale także przeciwko nudzie postawangardowej sztuki. Malarze Gruppy nie chcieli funkcjonować w oficjalnym obiegu sztuki PRL, ale stanowczo odcinali się również się od postaw martyrologicznych artystów związanych w tym czasie z solidarnościowo-kościelną opozycją. Formacja przyjmowała postawę pełną ironii i poczucia absurdu. Wolność w ich pracach manifestowała się jako anarchia, prowokacja, szyderstwo i obscena. Poprzez swoje drapieżne malarstowo i naruszanie wszelkiego tabu, tworzyli oni artystyczną kontrkulturę, dając upust swoim emocjom i przekonaniom.

 

ryszard wozniak

piątek, 10 grudnia 2010

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że koniec tego roku zbliża się nieuchronnie. Jednym z takich znaków jest pojawienie się przyszłorocznych kalendarzy. Niedawno na rynku zaprezentowano dwa, teoretycznie te najbardziej prestiżowe: ekskluzywny kalendarz marki Pirelli, w którego posiadanie wejdą tylko prominentne osoby tego świata i renomowany kalendarz magazynu Vogue.

 

 

Kalendarz Pirelli wyszedł w tym roku już po raz 38. Uroczysta premiera edycji 2011 miała miejsce w Moskwie. Autorem sesji zdjęciowej do tego kalendarza jest nie kto inny, jak sam Karl Lagerfeld. Projektant zadbał o to, by na jego zdjęciach pojawili się jedynie najlepsi. W czarno-białej sesji zatytułowanej "Mitologia" znalazły się najbardziej cenione modelki (m. in. Anja Rubik i Magdalena Frąckowiak) i modele. Wśród 15 modelek i 5 modeli znalazła się również aktorka: Julianne Moore w roli Hery.

 

Karl miał dobry pomysł i zrobił ładne zdjęcia -ale, no właśnie, zdjęcia są tylko 'ładne'. Jak na tak snobistyczny kalendarz, na który czeka się przez cały rok to trochę za mało. Nie da się ukryć, że artysta podszedł do sprawy za mało kreatywnie.

Co ciekawe, całkiem niedawno w ciągu mijającego właśnie roku pojawiła się już sesja zdjeciowa, która obrała sobie za temat mitologię - była to "Biblia stylu" Markusa Morianza. Warto porównać, bo to ciekawy przykład na to jak można naprawdę twórczo wykorzystać mity.

 

pirelli calendar 2011

 

pirelli calendar 2011

fot. Karl Lagerfeld, na zdjeciach: Bianca Balti jako bachantka (kapłanka boga Bachusa), Elisa Sednaoui jako Flora i Echo, Freja Beha Erichsen jako Apollo, Pollux i Orfeusz, Isabeli Fontana jako Bachus, Magdalena Frąckowiak jako Atena, Anja Rubik jako Hermes i Terpsychora, Abbey Lee Kershaw jako Echo i Eurydyka, Lakshmi Menon jako Bachus, Heidi Mount jako Aurora, Erin Wasson jako Ajax, Natasha Poly jako Melpomena, Daria Werbowy jako Artemida, Iris Strubegger jako Atena, Lara Stone jako Afrodyta, Jeneil Williams jako Hades.

 


W kalendarzu magazynu Vogue Paris możemy podziwiać Darię Werbowy. Modelka wystąpiła tu prawie nago, ubrana jedynie w biżuterię Louis Vuitton. Fotografie wykonał Mikael Jansson.

 

Stylizacja zdjęć jest bardzo naturalna. Daria wygląda tu jakby pozowała swojemu chłopakowi w pokoju hotelowym, co uważam za duży plus. Podoba mi się też klimat vintage i dekadencko-rokendrolowy duch jaki się tu unosi, ale... No właśnie - jest 'ale'. Patrząc na te zdjęcia ma sie wrażenie oglądania jakiejś wyrafinowanej reklamy czekolady lub kawy. Fotografie nie wywołują żadnych emocji. Jak na kalendarz, który chciałoby się podziwiać przez cały rok na ścianie, i to kalendarz takiej marki jak Vogue - to po prostu za mało.

 

vogue 2011 calendar

 
1 , 2