DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

niedziela, 17 czerwca 2012

sweeney todd logo

 

 

Jak donoszą niektóre badania historyczne, podobno istniał naprawdę... Seryjny morderca, którego ofiarą padło ponad 160 osób, miał prowadzić swoją niecną działalność przez 17 lat pod koniec XVIII wieku w londyńskich slumsach, razem z niejaką Margery (według pewnych źródeł Sarah) Lovett, która przerabiała ciała jego ofiar na paszteciki, którymi następnie zajadała się ze smakiem miejska biedota. Zbrodniczą parę zdradził smród gnijących resztek – morderca został aresztowany i powieszony, natomiast makabryczna kucharka z trudem uniknęła linczu. Dziś, Sweeney Todd - bo o nim mowa - dzięki sławie jaką zyskał po śmierci, jest jedną z bardziej przerażających postaci angielskiej mitologii.

 

W 1846 r. ukazało się pierwsze opowiadanie autorstwa Thomasa Pecketta Presta o zbrodniach Todda. Rok później doczekało się ono adaptacji scenicznej i od tej pory zaczęto je przerabiać na sztuki teatralne, a później także przenosić na ekran. Autentyczna historia przypuszczalnie nie miała aż tak ogromnej podbudowy dramaturgicznej jaką znamy ze współczesnych realizacji (pobudki prawdziwego Sweeneya były prawdopodobnie bardzo prozaiczne - a mianowicie chęć zysku) - wprowadził ją dopiero w 1973 r. w swojej sztuce pt. “Sweeney Todd” Christopher Bond, który wymyślił wątek zemsty Todda na sędzim Turpinie nadając opowieści nieco "romantycznego" rysu. Ta sztuka stała się inspiracją dla Stephena Sondheima i Hugh Wheelera, którzy w 1979 r. napisali słynny musical o największych mordercach XVIII wieku pt. “Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street”.

 

Ten niesamowity thriller muzyczny o klimacie starych horrorów, od początku wyróżniał się wśród musicali artystyczną dojrzałością. Niezwykła, poruszająca wyobraźnię muzyka, poważnie potraktowane libretto i wymagające od śpiewaków sporych umiejętności partie wokalne sprawiły, że zaliczany jest on do produkcji muzycznych z najwyższej półki. Publiczność już od pierwszych spektakli doceniła ambitne dzieło Sondheima, bo musicalowy “Sweeney Todd” okazał się wielkim sukcesem. Był on wznawiany jeszcze w latach 1989 i 2005. Jednak najsilniej musical ten zaistniał w popkulturze, dzięki genialnej ekranizacji Tima Burtona z 2007 r. z Johnnym Deppem i Heleną Bonham Carter w rolach głównych - podobno przed otrzymaniem propozycji wyreżyserowania musicalu Burton nie widział broadwayowskich przedstawień, ba! nie miał nawet pojęcia o istnieniu dzieła Sondheima. Ja jednak, dzisiaj nie będę pisać o filmie (mimo mojej fascynacji nim od pierwszego obejrzenia), a o przedstawieniu jakie niedawno wystawił po raz pierwszy w Polsce, chorzowski Teatr Rozrywki.

 

Reżyserem polskiej wersji spektaklu jest Andrzej Bubień, na co dzień reżyser światowej klasyki (Czechowa, Szekspira, Dostojewskiego), który na deskach teatru wyczarował mroczny, surrealistyczny świat przepełniony okrucieństwem, brudem i grozą. Nie dająca nadziei, a wręcz przeciwnie - pozbawiająca złudzeń rzeczywistość, stworzona została dzięki naprawdę nieprzeciętnej scenografii Anity Bojarskiej (moim skromnym zdaniem jej dzieło zasługuje na wszystkie branżowe nagrody jakie istnieją) i doskonałej choreografii Jarosława Stańka. Te dwa aspekty były, moim zdaniem, jednymi z najjaśniejszych punktów widowiska, zasługującymi na wyróżnienie zaraz obok doborowej obsady. Należy tu chyba w tym momencie wspomnieć, że gośćmi specjalnymi przedstawienia są: aktor Broadway'u i gwiazda wielu światowych scen muzycznych - Jerzy Jeszke w roli pana Beadle'a, oraz Piotr Łykowski - uznany kontratenor, w roli Adolfo Pirelli'ego. Na mnie jednak piorunujące wrażenie zrobili odtwórcy głównych ról: Jacenty Jędrusik i jak zawsze rewelacyjna Maria Meyer. Musicalowe piosenki mistrzowsko przedstawiające wszelkie stany emocjonalne jakie targały bohaterami, w wykonaniu ekipy tak doborowych aktorów (szczególnie podobały mi się partie, w których wykonawcy śpiewali na głosy - ich wokale wspólnie brzmiały fantastycznie!) to prawdziwe perełki.

Zdaję sobie sprawę, że być może niektórzy czytający tę skromną recenzję w tym momencie odnoszą wrażenie, iż właśnie zaczynam nadużywać epitetów typu "fantastyczny" i "niesamowity" ale wierzcie mi, że nie przesadzam ani trochę, bo chorzowski "Golibroda z Fleet Street” właśnie taki jest i naprawdę trudno dobrać tu inne słowa obrazujące stan rzeczywisty. :)

 

Jednak, żeby nie było tak różowo - nawet w najsłodszym miodzie często można znaleźć jakąś domieszkę dziegciu. Tak też jest i w tym przypadku. Bardzo subiektywnie rzecz biorąc, minusami przedstawienia, które zaburzały mi odbiór całości, były role "młodej pary" czyli Joanny i Anthony'ego. Nie będą to jednak zastrzeżenia do aktorów (Edyta Krzemień grająca Joannę ma przepiękny głos), a raczej do wizji reżysera i jego pomysłu na przedstawienie tych postaci. Andrzej Bubień mianowicie, postanowił ukazać stopień zdemoralizowania sędziego Turpina poprzez przesadne zaakcentowanie jego pedofilskich skłonności, a uczynił to ubierając Joannę, czyli - jakby nie było - dziewczynę 14-letnią, w karykaturalne ciuszki 5-cio latki, oraz umieszczając ją w pokoiku, przypominającym wnętrze domu dla lalek. Anthony, natomiast, czyli teoretycznie jedyny amant spektaklu, jest tu przedstawiony jako głupiutki grubasek w okularach, wzbudzający raczej śmiech i irytację niż współczucie. Te dwa czynniki skutecznie rujnują nastrój tzw. wątku romansowego przedstawiania, który (ten wątek znaczy) w tym momencie jawi się jako jeszcze bardziej groteskowy niż cała reszta tej makabreski i jest to rodzaj groteski, o którą chyba nie do końca tu chodziło. Wizja twórców musicalu odnośnie tego motywu, zupełnie mnie nie przekonuje, jednak nie przeszkadza mi to w wysokiej ocenie całości.

 

Ta dramatyczna opowieść o destrukcyjnej sile obsesyjnego pragnienia zemsty silniejszego niż życie i śmierć, w wydaniu Teatru Rozrywki w Chorzowie stała się dla mnie jednym z piękniejszych teatralnych momentów jakie dane mi było przeżyć. Jacenty Jędrusik, odtwórca głównej roli mówił przed premierą spektaklu, że chciałby, aby widzowie w czasie przedstawienia czuli przechodzące po plecach dreszcze. Ja czułam.