DESIGN . SZTUKA . POPKULTURA
Zakładki:
Adres e-mail:
Animacja
Architektura
Blogi
Design
Design shop
Design tips
Fantastyka
Film
Fotografia
Fun
Grafika
Grafika tips
Gry
Ilustracja
Internet
Kobiece strony
Komiks
Książki
Kultura
Lifestyle
Logo
Moda
Moda blogi
Moda shop
Moda szafiarek
Muzyka
Orient
Orient shop
Pop
Reklama
Rękodzieło
Sajko&filo
Sztuka
Typografia
Webdesign
Wnętrza

Blog wraz z treściami będącymi
jego elementami składowymi podlega ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego
i polskiego prawa autorskiego.

Jakiekolwiek korzystanie
z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie
o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej
zgody autora bloga, który z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania
takiej zgody.

Related Posts with Thumbnails

stat4u

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin

poniedziałek, 31 października 2011

W Zachodnich Królestwach krainy Westeros dzieje się źle. Po wyniszczającej wojnie, w której zbuntowane rody obaliły Smoczego Króla, Aerysa Targaryena - na dość niewygodnym Żelaznym Tronie zasiadł najwaleczniejszy z buntowników, znakomity rycerz i doskonały wojownik, Robert Baratheon czyli człowiek, który smykałki do rządzenia nie posiada za grosz. Baratheon jest fatalnym władcą, czego nie daje się ukryć. Skwapliwie wychwytują ten fakt możne rody, które również mają chrapkę na Żelazny Tron - wykuty z tysiąca mieczy, symbol panowania nad Siedmioma Królestwami...

 

Tak więc, rozpoczynając swoją przygodę z powieścią o wiele mówiącym tytule "Gra o tron", czytelnik od razu wrzucony jest na głębokie wody morza intryg, spisków i zakulisowych knowań mających jeden cel: objęcie w posiadanie tronu i władzy nad królestwami... Ale żądza władzy i rozgrywki polityczne to nie jedyny problem krainy Westeros. Na mroźnej północy, za wielkim murem, który ochrania Nocna Straż złożona z najemników i przestępców, rodzi się potężne, nieodgadnione zło, którego cień cały czas wisi nad skonfliktowanymi krainami. Za morzem natomiast powstaje wielka siła (zagrażająca królestwom nie mniej niż ponure zło zza muru), której przyczynkiem są cudem pozostali przy życiu, będący na wygnaniu potomkowie zamordowanego Smoczego Króla. Na domiar złego, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że nadchodzi zima - zima stulecia, mogąca trwać latami lodowata pora roku, która zabija wszystko co żyje.

 

W takim oto świecie przyszło żyć bohaterom "Gry o tron", których poznaje czytelnik - a dzięki ciekawemu zabiegowi konstrukcyjnemu, jaki zastosował autor powieści George R. R. Martin, można ich poznać całkiem dobrze (chociaż czasami pozostaje niedosyt). Pisarz mianowicie, podzielił powieść na wiele rozdziałów, z których każdy pisany jest z perspektywy innej osoby. Dzięki temu możemy dowiedzieć się co myślą, jak się czują i jak działają rozrzuceni po całej, dość sporej krainie, członkowie walczących ze sobą (mniej lub bardziej wprost) rodów. Dzięki temu dowiadujemy się także, że bohaterowie powieści to nie płaskie, czarno-białe postaci, a dość skomplikowani (jak na fantasy) ludzie. Charaktery zaludniających powieść bohaterów są ciekawe i zróżnicowane, a dokonujące się dzięki nim zwroty akcji i rozgrywające się wydarzenia to nie miałkie podchody, a mocne i momentami zaskakujące sytuacje.

 

Nie da się ukryć, że Martin to człowiek o bogatej wyobraźni i sporej odwadze (uśmiercenie głównego bohatera w pierwszym tomie sagi), jednak nie da się również zamaskować głównej wady powieści, a mianowicie tego, że jej autor nie jest mistrzem pisarstwa. Ba, Martin nie jest nawet dobrym pisarzem...

Istnieją typy pisarzy, którzy piszą charakterystycznie: ich język wyróżnia się ciekawym stylem, napiętnowany jest osobowością autora, skrzy się dowcipem lub subtelną inteligencją. Istnieją też tacy, którzy posługują się językiem niemalże transparentnym, gdzie opowiadana historia snuje się właściwie sama - czyta się ją dobrze, nie zauważając nawet języka i stylu, w którym jest pisana. Martin niestety nie należy do żadnej z tych grup. Język "Gry o tron" kuleje i drażni. Toporny, uczniowski styl pisania autora sprawia, że przyjemność z czytania powieści jest trochę mniejsza niż by się chciało -  a niestety, brak polotu wyłania się niemalże z każdej strony książki.

 

Kolejną wadą powieści jest nierówny poziom wątków. W niektórych z nich, cieszą zaskakujące i zastanawiające rozwiązania fabularne, które już teraz sugerują, że w dalszych tomach powieści, oj, będzie się działo...  Bardzo podobała mi się np. subtelna (może nawet za subtelna, bo trudna do wychwycenia) sugestia Martina odnośnie tego, kto i dlaczego tak naprawdę zamordował Królewskiego Namiestnika, Jona Arryna (zdaje się, że wcale nie byli to, oskarżani o to po cichu przez wszystkich, Lannisterowie). Najmniej pasjonującym natomiast (a czasem wręcz irytującym płycizną) motywem jest wątek Daenerys, młodziutkiej córki Smoczego Króla, tułającej się gdzieś na obczyźnie. Przygody Dany, jak nazywana jest przez bliskich, odstają poziomem od pozostałych - są banalne i momentami jakby żywcem wyjęte z powieści z logiem Harlequina na okładce. Na dodatek nie wiedzieć czemu, Martin lubi ten wątek, ni z tego ni z owego, nurzać momentami w klimatach ocierających się o ...soft porno. Naprawdę panie Martin, dalibyśmy radę przeczytać to ponad ośmiusetstronicowe tomiszcze, nawet gdyby nie byłoby w nim opisów dziewiczego łona Daenerys i boskiego lingamu khala Drogo. Z drugiej strony, skoro autor uparł się, aby co rusz umieszczać opisy upojnych nocy tej rozkosznej parki, to dlaczego oszczędził nam szczegółow z (jakby to powiedział doktor Pasikonik ze "Sztuki kochania") pożycia intymnego Cersei (która, tak poza wszystkim, przecież ma dość ciekawe układy erotyczne), Neda Starka czy innych bohaterów powieści? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi, bo jakoś nie chce mi się dociekać, dlaczego szacowny autor tak zafiksował się na srebrnowłosej, młodocianej księżniczce...

 

Podsumowując, książka R. R. Martina to epicka powieść fantasy. Nie pojawia się tu zbyt wiele elementów magii, więcej jest za to elementów tzw.  fikcji historycznej i to właśnie głownie w tym kierunku podąża opowieść (autor podobno inspiracji szukał w autentycznych wydarzeniach historycznych, takich jak angielska Wojna Dwóch Róż czy średniowieczne wyprawy krzyżowe). Jak już wspomniałam, Martin ma bujną wyobraźnie więc historia jest ciekawa i wciągająca, natomiast niestety - nic poza tym... Serial, nakręcony na podstawie sagi, sprawił że powstał wokół niej spory hajp - co akurat nie dziwi, bo serial jest bardzo dobry (mimo, że nie jest doskonały). Nadal uważam że historia rodu Starków, Lannisterów i innych możnych z Siedmu Królestw ma w sobie potencjał, który zamiesza nadchodzącą dekadą, ale stanie się to za sprawą serialu oraz koncernu HBO i jego marketingowej potęgi, a nie za sprawą wybitności powieści. Spójrzmy prawdzie w oczy: gdyby ta książka miała jakoś ogólnopopkulturowo namieszać, zrobiłaby to już w latach 90-tych, kiedy ukazał się pierwszy tom sagi.  Natomiast serial, to już osobna sprawa - jest on zrobiony w na tyle świeży sposób (wreszcie, poważne podejście do fantasy!), że to właśnie dzięki niemu zagmatwana historia krainy Westeros wydostanie się z fantastycznego getta.

Dzisiejszy dzień jest straszny. Tak naprawdę w naszej kulturze niewielu go rozumie, wie o co chodzi i orientuje się dlaczego bawi się na jakichś dziwnych maskaradach. Obchodzimy święto, którego nie znamy i które tak do końca nie jest nasze. Nie uważacie, że to straszne?

 

Tak mi ostatnio przyszło do głowy: czy gdyby, dajmy na to Namibia dysponowała taką gospodarką, pieniędzmi, biznesem i mediami jakie w tej chwili mają do dyspozycji Stany Zjednoczone, a USA byłoby tylko jednym z wielu pomniejszych państw świata, to czy my w tej chwili nie obchodzilibyśmy właśnie jakiegoś afrykańskiego święta zmarłych? Warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza że tradycja jednego z takich świąt polega na odgrzebywaniu z grobów ciał zmarłych i owijaniu ich w nowe całuny pośmiertne... ;0

 

Aby jednak nie było dziś tak do końca zgorzkniale i malkontencko, w ten straszny dzień zaprezentuje trochę strasznego designu. Jak widać przed halloweenowym klimatem nie uchroniły się meble, sprzęty i inne przedmioty codziennego użytku, a nawet... potrawy.

 

 

halloween design

corazon

 

creepy slow food

niedziela, 30 października 2011

Dziś, aby wejść w klimat nadchodących dni, trochę autentycznej i kontrowersyjnej makabry, którą zawdzięczamy naukowcom...

 

 

 


 

Joseph Paul Jernigan był mordercą - w 1981 r. zabił 75-latka, który nakrył go podczas kradzieży kuchenki mikrofalowej. Zabójcę złapano, osądzono i skazano na śmierć. Wyrok wykonano, kiedy skazaniec miał 39 lat - w dniu 5 sierpnia 1993 roku, o godzinie 12.31.

 

I właśnie w tym momencie zaczyna się opowieść, dzięki której Jernigan przeszedł do historii, nie tylko historii kryminologii, ale także nauki... i sztuki.

 

 

 

 

Skazaniec na miesiąc przed śmiercią w oficjalnym, pisemnym oświadczeniu przekazał swoje ciało na potrzeby naukowe. Jego ciało po egzekucji poddano obrazowaniu za pomocą rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej, wykonano zdjęcia rentgenowskie, po czym zanurzono w roztworze żelatyny, zamrożono i pocięto na 1871 plastrów jednomilimetrowej grubości, które utrwalono, a następnie zarejestrowano z użyciem różnych technik. Tak powstał projekt o nazwie Visible Human Project czyli cyfrowy model ludzkiego ciała służący pomocą naukowcom z całego świata.

 

Aby korzystać z tych obrazów należy uzyskać licencję, której udziela National Library of Medicine w USA. Licencję taką ma obecnie około 600 stowarzyszeń, szkół i uniwersytetów w 26 krajach.

 

Tutaj można zobaczyć przykład wykorzystania tego projektu. Jest to aplet JAVA będący interaktywnym zbiorem przekrojów ciała Jernigana. Można wybrać z jakiej płaszczyzny chcemy uzyskać przekrój i określić rozmiar obrazka. Następnie po wciśnięciu LOAD uzyskujemy przekrój przez  ludzkie ciało, które możemy oglądać online lub zapisać na dysk... Szczerze mówiąc, mając świadomość że nie patrzę na rysunki czy sztuczne wizualizacje, a na autentyczne plastry ludzkiego ciała, przy oglądaniu tych przekrojów trochę ugięły się pode mną nogi...



 Poniżej animacja pokazująca przekrój przez ciało mordercy od stóp do głowy:

 

 

 

Niedawno, bo w tym roku,  kilku kreatywnych ludzi postanowiło plasterki ciała skazańca złożyć z powrotem w jedną całość za pomocą lightdrawingu czyli techniki malowania światłem. Croix Gagnon, Frank Schott i Alex Katz stworzyli projekt o nazwie 12:31 (od godziny śmierci Jernigana), w którym pokrojone ciało powróciło do naszego świata w dziwnej, surrealistycznej formie.

 

Pomysłowi twórcy projektu wykorzystali  animację z Visible Human Project, wyświetlając ją na laptopie w ciemnym otoczeniu i fotografując ją przy wykorzystaniu bardzo długiego czasu naświetlania. W momencie odtwarzania animacji, asystent ubrany na czarno, trzymając laptopa w rękach ruszał nim w kadrze. Zmiany w ruchu monitora przy poszczególnych ujęciach spowodowały różnice w budowie ciała (widocznego na zdjęciach finalnych). Następnie fotografie połączono z nocnymi zdjęciami wykonanymi  w plenerze. Efekt tego projektu jest równie makabryczny jak szokujący: na fotografiach widać prawdziwego ducha mordercy unoszącego się nad ponurym miasteczkiem.

 

 

 

 

Joseph Jernigan nie był jedynym, którego ciało wykorzystano w ramach programu Visible Human Project.  Podobnym zabiegom jak ciało Jernigana (cięcie na plasterki) poddano jeszcze ciało pewnej kobiety. 59-letnia kobieta, opisywana w prasie jako gospodyni domowa z Maryland (rodzina chciała aby pozostała ona anonimowa), która zmarła na atak serca we wrześniu 1993 r., została "wdrożona" do projektu na życzenie jej męża.

 

sobota, 29 października 2011

Dziś przedhalloweenowa, krótka ale ciekawa notka zapowiadająca klimat najbliższych mrocznych dni (a dla tych, którzy od muzyki i animacji wolą design, filmy i ogólnie pojętą sztukę również w najbliższych dniach nie zabraknie makabrycznej pożywki, więc stay tuned ;) ).

 

 

 


 

 

Katarzyna Groniec brawurowo zaśpiewała, a Bartek Kulas mistrzowsko zanimował. Poniżej film krótkometrażowy ilustrujący piosenkę "Millheaven" (z repertuaru Nicka Cave'a) doskonale nadający się na ponury przełom października i listopada.

 

Animacj zdobyła mnóstwo branżowych nagród m.in na tegorocznym festiwalu animacji Anim'est w Bukareszcie, Era Nowe Horyzonty 2010 (najlepsza animacja), Srebrny Lajkonik dla reżysera najlepszego filmu animowanego na Krakow Film Festiwal 2010 czy Golden Unicorn "Best Animation" na ALPINALE 2011 Short Film Festival w Austrii (a to tylko niektóre z nagród).

 

 

wtorek, 25 października 2011

Alessandro Bavari to wszechstronnie utalentowany Włoch. Alessandro fotografuje, maluje, tworzy grafiki komputerowe oraz prężnie działa w branży reklmowej. Pierwsze pasje fotograficzne pojawiły się u niego w wieku 15 lat, dlatego po ukończeniu szkoły wybrał się na studia artystyczne. Na ASP w Rzymie studiował scenografię, fotografię i historię sztuki. W jego pracach widać wypracowany swoisty, artystyczny język komunikacji naznaczony mrocznym i dusznym klimatem jego niezwykłej wyobraźni.

 


 

Realizacja o nazwie Metachaos to multidyscyplinarny projekt audiowizualny. Bavari za pomocą filmu, fotografii i malarstwa ukazuje tu najbardziej mroczne i destrukcyjne  aspekty ludzkiej natury, które prowadzą do tragicznych następstw (jak wojna, szaleństwo czy nienawiść).


 

 

Poniżej kilka innych projektów artysty. Więcej można znaleźć na jego stronie.

 

Fotografia:

 

 

 

 

Malarstwo:

 

 

 

Projekty komercyjne (okładki CD i booklety):

 

 

 

Reklama:

 

poniedziałek, 24 października 2011

Odkąd pamiętam jakoś tak miałam, że od głosów kobiecych wolałam głosy śpiewających panów. W muzyce rockowej, którą zawsze przedkładałam nad innymi gatunkami, męscy wokaliści dominowali, więc problemu z wyborem tych "naj" raczej nie miałam. Ostatnio jednak tak się składa, że jeśli coś mi się "rzuca w uszy", to są to nagrania w których prym wiodą wokalistki... Niedawno też, zupełnie przypadkiem, miałam okazję trafić na dwa koncerty gdzie mogłam usłyszeć na żywo naprawdę nieprzeciętne głosy kobiet.

 

 


 

 

Agnieszka Łapka to młoda wokalistka bluesowa o charakterystycznej niskiej barwie (podobno porusza się w rzadko spotykanej ponad trójoktawowej skali sięgającej od kontraltu po sopran). Agnieszka jest absolwentką ASP i jak mówi "śpiewa, bo lubi". Z bluesem jest ściślej związana od 2004 roku, poprzez pracę z bluesowo-rockowym zespołem Ości złożonym z weteranów polskiej sceny muzycznej. Ostatnio współpracuje też ze Śląską Grupą Bluesową u boku takich postaci jak Leszek Winder czy Jan „Kyks” Skrzek.

 

 

 

 

Giulia Tellarini jest filarem zespołu Giulia y los Tellarini, który założyła wraz ze swoim chłopakiem w 2004 r. Dziś w skład grupy wchodzą artyści różnych narodowości, tworzący ciekawy, etniczny i energetyczny mix muzyczny, gdzie pierwsze skrzypce 'gra' oczywiście oryginalny głos Giulii (która czasem potrafi brzmieć jak mała dziewczynka, a innym razem jak mroczna hiszpańska diva). Grupa znana jest przede wszystkim dzięki piosence "Barcelona" wykorzystanej w filmie Woody'ego Allena pt. "Vicky Cristina Barcelona", dzięki której muzycy rozpoczęli swoją międzynarodową karierę.

 

Jako ciekawostkę napiszę, że w zeszły piątek (21 października) zespół nakręcił na ulicach Warszawy teledysk do najnowszej piosenki zatytułowanej... "Warszawa". Jak wyjaśniają twórcy, to miasto oczarowało ich magiczną i romantyczną atmosferą.

"Warszawę" słyszałam już na koncercie, ale jestem niezmiernie ciekawa jak wyszedł teledysk... Będę śledzić sprawę, a póki co pozostaje słuchanie "Barcelony":

 

 

czwartek, 20 października 2011

Chciałoby się powiedzieć "czego to ludzie nie wymyślą", ale na tym blogu już nie takie rzeczy, jak te zaprezentowane poniżej, można było zobaczyć... Rzeźby z nietypowych surowców: z odpadów i materiałów, których wykorzystanie w takim celu nie przyszłoby do głowy ludziom mniej kreatywnym niż artyści, to ciekawy, inspirujący i skłaniający do myślenia temat. Chociaż... jak teraz na nie patrzę, to żadne z tych dzieł nie umywa się do pamiętnej i  słynnej rzeźby z treblinek do kombajnu zaopatrzeniowca Zygmunt Bączyka z Sulęcic, z filmu "Nie lubię poniedziałku". ;)

 

 


 

 

Za tę serię reklam, w której w głównej roli "występują' postaci stworzone z materiałów, które można zdobyć w sklepie z narzędziami,  Linda Snorina zdobyła kilka branżowych nagród.

 

 

 

 

Koreański artysta Yong Ho Ji ze starych opon robi prawdziwe dzieła sztuki.



 

 

Te absolutnie magnetyczne ;) portrety ze starych dyskietek to działa Brytyjczyka - Nicka Gentry.

 

 

 

 

Robert Bradford jest autorem kolorowych zabawek stworzonych... z, a jakże, starych zabawek.  

 

 

 

 

Nick Georgiou tworzy swoją sztukę z gazet lub czasopism.

 

 

 

Dla Zaca Freemana każdy plastikowy lub metalowy śmieć jest cenny. Artysta potrafi z nich zrobić takie niezwykłe portrety:

 

 

 

Tektura falista to tworzywo Marka Langana.

 

 

 

Te dość makabryczne rzeźby z butów to seria pt. "Foot Fetish" autorstwa Gwen Murphy.

 

 

 

 

Poniższe portrety z taśmy magnetofonowej to moi faworyci. Ich twórczynią jest Erika Iris Simmons.

 

 

 

 

Miina Akkijyrkka jest autorką dziwnej farmy zwierząt stworzonych ze starych samochodów. Prawie jak transformersy... ;)

 

 

 

Te poetycko wybiegające ze ścian konie i inne zwierzętea to część wystawy Sayaki Kajity Ganz pt. "Finding Freedom". Rzeźby zrobione zostały... a zresztą sami zobaczcie bo nie będzie niespodzianki:

 

 

Alejandro de Antonio Fernández to artysta z Madrytu, który ze starych winylowych płyt stworzył serię portretów muzyków.

poniedziałek, 17 października 2011

O papierowych rzeźbach zdarzyło mi się pisać już nieraz. Większość artystów parających się tą sztuką wykazuje się niezwykłym kunsztem, pomysłowością i precyzją. Jak oni to robią? Nie wiem, ale wiem za to, że ich dzieła za każdym razem kiedy zdarzy mi się je oglądać wprawiają mnie w ten sam zachwyt.

 

Wytwory kanadyjskiego artysty Calvina Nichollsa nie są tutaj wyjątkiem. Patrząc na jego zwierzaki z papieru ma się wrażenie obcowania ze sztuką niesamowicie subtelną i delikatną - poetycką wręcz. Papier to jednak wdzięczne tworzywo.

 

 

 

piątek, 14 października 2011

Z reguły nie piszę tu o serialach tylko dlatego, że są fajne. Aby zasłużyć sobie na notkę, serial musi mieć w sobie coś poza walorami dobrego widowiska. Czasem jest to świetna muzyka, innym razem ciekawa akcja reklamowa, kolejnym razem znowu - niesamowita czołówka. Jednak ostatnio odkryłam dwa seriale, które są tak dobre (ba, genialne nawet) same w sobie, że nie muszą one posiadać żadnej z tych rzeczy, aby być wartymi odnotowania.

 

 

 


 

 

 

Wielka Brytania jest dziwną krainą - bardzo specyficzną i wbrew pozorom oryginalną. Wyspiarski kraj odseparowany od reszty Europy, a jednak mający na nią wpływ tak wielki, że cała popkultura opiera się na trendach, które rodzą się głównie tam (tak wiem, że istnieje jeszcze Ameryka - kolebka kultury popularnej, ale mimo, że doceniam i admiruję sporą część jej wytworów, chwilowo spuszczę na nią zasłonę grobowego milczenia)...

 

The Misfits (Wyklęci) i The Fades (Zmory) - dwa brytyjskie seriale, są tak niezwykłe, że nie sposób przejść obok niech obojętnie. Obydwa mocno osadzone w popkulturze (mój faworyt The Fades - jest "popkulturowy" bardziej) są typowo brytyjskie - mają klimat, koloryt i atmosferę tak bardzo angielską (zarażeni anglofilią pewnie wiedzą co to znaczy), że trudno ją opisać - trzeba ją po prostu poczuć. Obydwa seriale są tak silnie osadzone w zwyczajnej codzienności, że przez to stają się niezwyczajne... A to, że rzeczy, które dzieją się w tej zwykłej rzeczywistości, są nie z tego świata (pojawiające się duchy i upiory, nadnaturalne moce, surrealistyczna zdarzenia) - to pomimo, że to właśnie one są osią całości wydarzeń, to mimo wszystko wydaja się one być tylko dodatkiem do tej całej ...angielskości.

 

Poza angielskim klimatem jest w nich coś jeszcze: obydwa seriale mają w sobie coś takiego co określa się mianem "blow people's mind."

 

 


 

 

The Fades to serial o nastolatku, który widzi... dead people. Brzmi znajomo? Być może. W całym serialu jest mnóstwo odniesień do "Szóstego zmysłu" -  są tu z niego cytaty i naigrywania. Wspomina się o tym filmie wprost i bez podtekstów, jak również o "Gwiezdnych wojnach" czy o "Zmierzchu" (nie bez sporej dawki ciętej i ostrej satyry). Mimo to, serial nie ma nic wspólnego z niczym co do tej pory widzieliście. Tylu nieprzewidzianych zwrotów akcji, wydarzeń i nieschematycznych twistów nie widziałam w żadnym z oglądanych do tej pory filmów i seriali (mimo, że The Fades liczy sobie zaledwie kilka odcinków - serial zadebiutował na antenie we wrześniu tego roku). Tu nigdy nie wiadomo co się stanie, ani jak potoczą się losy bohaterów. Supernatural, Being Human czy Fringe mogą się schować, bo przy tym serialu to mizerne i schematyczne popłuczyny po naiwnych porankach dla dzieci z lat 80-tych.

 

 

 

 

Misfits to opowieść o piątce dzieciaków - straceńców, którzy już na starcie nie mają żadnych szans na dalsze normalne i przykładne życie w (angielskim, a jakże) społeczeństwie. Dzięki niezwykłemu zdarzeniu (dziwnej anomalii pogodowej) każde z nich staje się posiadaczem jakiejś supermocy... Tak, wiem że brzmi to banalnie, ale nie bez powodu pisałam we wstępie notki, że te filmy trzeba poczuć bo opisywanie ich zwyczajnie nie ma sensu.

 

Morderstwa, ludzie-psy, staruszki, których "usta są wyschnięte jak rodzynki" i muzyka w wykonaniu Marka Almonda. No offence, but... in what kind of fucked-up world would that be allowed to happen?  - jak to zgrabnie ująl Nathan, jeden z piątki 'wyklętych.'



Wisienką na torcie jest oczywiście "angielski smog" unoszący się nad wydarzeniami, popkulturowe nawiązania i cudowny wręcz cockney w wydaniu mojej ulubionej postaci z serialu czyli "dresiary" Kelly.

  

 

czwartek, 13 października 2011

 

 

Dziś będzie wpis dla miłośników mądrości - aczkolwiek nie znajdziecie jej w części tekstowej, bo ostatnio nie mam czasu nawet na myślenie, więc niczego mądrego nie jestem w stanie z siebie wykrzesać. Mądrości będzie za to aż w nadmiarze w sekcji graficznej, a to za sprawą 23-letniego Genisa Carrerasa, który zaprojektował serię minimalistycznych posterów o wdzięcznej nazwie "Filografka."

 

Genis za pomocą minimum środków (kształtów i kolorów) stworzył plakaty inspirowane różnymi nurtami filozoficznymi (filozofia gr. φιλοσοφία – umiłowanie mądrości). Dzięki użyciu prostych kompozycji z figur geometrycznych, Carreras stworzył ciekawe grafiki, które łączą w sobie walory estetyczne z edukacyjnymi. Plakaty w prosty sposób starają się tłumaczyć skomplikowane teorie filozoficzne - czasem robią to bardziej, a czasem mniej trafnie (hedonizm - widać tu, że plakat projektował facet ;), ateizm pomylony z satanizmem...). Z reguły jednak symbole są czytelne a kreatywne połącznie ich z filozoficznymi treściami zasługuje na pochwałę. Takie rzeczy lubię.

 

philografia

 
1 , 2